Szczepienie wszystkich w czasach prawdy prywatnej

Im więcej wiedzy zgromadzono, tym bardziej wiara decyduje. Grupka specjalistów, którzy naprawdę mają szansę wiedzieć, o czym mówią, jest nieliczna. Pozostali muszą wybrać, komu będą chcieli uwierzyć i kogo zechcą cytować.

Coraz więcej ludzi wierzy, że szczepionki szkodzą. Coraz więcej też jest takich, których niepokoi rosnąca liczba tak wierzących. Żeby rozmawiać serio o takich rzeczach, jak szczepionki, czy jakikolwiek w ogóle dział współczesnej medycyny, trzeba mieć potężną wiedzę z dziedziny biologii, biochemii i medycyny. Nawet do tego, by taką dyskusję obserwować z poczuciem, że się faktycznie rozumie, co mówią, trzeba mieć wiedzę nie mniejszą. Ani sam takiej nie posiadam, ani większość dyskutujących jej nie ma.



A jednak ludzie bardzo intensywnie spierają się na ten temat i uruchamia się mnóstwo emocji. To bardzo interesujące. Skąd tyle zaangażowania?

Z wiary. Ostatecznie – i to bardzo bolesne w naszych czasach wiary w naukowość – wszystko tu się musi do wiary sprowadzić. Paradoksalnie, im więcej wiedzy zgromadzono, tym bardziej wiara decyduje. Grupka specjalistów, którzy naprawdę mają szansę wiedzieć, o czym mówią, jest nieliczna. Pozostali muszą wybrać, komu będą chcieli uwierzyć i kogo zechcą cytować.

Ci, którzy wkurzeni są na stale rosnącą populację antyszczepionkowców, wydają się też rozczarowani faktem, że ich dane przekonują tak mało ludzi. Tyle pracujemy, krzewimy wiedzę, umieszczamy tyle argumentów z różnych PubMedów, a oni w ogóle nie chcą tego czytać – biadają ci, co mienią się zwolennikami czystego rozumu. Setny raz tłumaczymy, narzekają, a tych antyszczepionkowców coraz więcej. Czemu tak jest?

Bo przeciwnikiem antyszczepionkowców nie są szczepionki. O szczepionkach rozmowa się toczy w najlepsze, ale nie one są prawdziwym tematem. Problemem nie jest produkt, tylko producent. Dlatego dyskusja o produkcie trafia w próżnię, a nawet dodatkowo się nakręca, zamiast przekonywać kogokolwiek.

To korporacje są wrogiem antyszczepionkowców, nie szczepionki. A dokładniej, nie same nawet korporacje, tylko zasada, która za nimi stoi. Czy złe drzewo może dobre owoce wydawać? Niektórym trudno to złożyć.

Jest i inny problem. Wielkie pieniądze mają wielką siłę. A siła budzi zawiść i złość. Chcemy mieć poczucie, że rozumiemy, co się dzieje. Też chcemy coś móc. To wkurza, gdy inni mogą, a my nie możemy. Gdyby szczepionki rozprowadzali chińscy irydolodzy, ruch antyszczepionkowy znikłby w ciągu tygodnia.

A jak to działa z drugiej strony? Co sprawia, że niektórzy jednak wybierają wiarę w to, co podawane oficjalnie? Myślę, że to taka grupa, dla której największą potwarzą jest, być oszołomem. Kimś nie kierującym się czystym rozumem. Być kimś takim, jak zwykli ludzie, chodzący do magla, wierzący intuicji, nie sprawdzonym plotkom, obiegowym opiniom, nieprzemyślanym, potocznym ocenom i stereotypom. Być trochę sentymentalnym, myśleć raczej impresjonistycznie, niż w stylu technicznego rysunku, nie mieć ścisłych definicji na to, o czym się mówi, to rzecz najgorsza dla tej grupy. To tacy, co bardzo dumni są ze swej analitycznej inteligencji. Z wykształcenia, przeczytanych książek, umiejętności zbierania faktów, ale przede wszystkim z tego, że nie są tak głupi, jak bezmyślna większość. Są dumni z tego, że nie są głupi, tak, jak ich przeciwnicy dumni są z tego, że nie są źli. Obie strony łączy wiara we własną misję, którą da się też określić jako troskę. Obie strony troszczą się bowiem o ofiary strony przeciwnej. Zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy szczepionek przerażeni są tym samym – że ktoś drugiej stronie uwierzy i, że to się źle skończy.

Czy zwolennicy szczepień mają rację? Intuicja mi tak podpowiada, ale, jako, że nie mam pojęcia o takich sprawach, w żaden zdecydowany sposób niczego podobnego nie twierdzę. Żeby mieć zdanie, a nie tylko przeczucie, musiałbym być lekarzem, biologiem, lub kimś o podobnej specjalności. Nie mogę bronić jakiejś zdecydowanej opinii o czymś, na czym się kompletnie nie znam.

Można by przyjąć, że obrona idei szczepienia całych populacji, to po prostu wyraz zdrowego rozsądku. Ale kiedy się już pomyślało, że może jednak większość, tak broniących, jak i atakujących, w rzeczywistości nie wie, o czym mówi, podobnie, jak i piszący te słowa nie wie, o czym pisze, bo nie sposób zweryfikować danych do końca, to czym wówczas może być taka obrona?

No choćby bronieniem pewnego ważnego symbolu. Mamy przecież taką wizję historii. Najpierw czasy ciemnoty, cierpienia, analfabetyzmu i chorób, zdominowane przez przesądy i religijny fanatyzm, a później czasy nauki. Przyszła nauka, wiedza i logika, wszystkich zaszczepiła i od tej pory mamy czas jasności. Ludzie już nie umierają niepotrzebnie, pokonaliśmy te dawne choroby, nikt już nie mówi, że to od uroków, nie pali nikogo na stosie, jest higienicznie i praktycznie, co dowodzi przewagi rozumu nad kołtunem. I jest pięknie.

I wtedy nagle ktoś ogłasza, że szczepionki nie leczą, a szkodzą i, że cała ta impreza jest oszustwem. Natychmiast ta klarowna wizja zwycięskiej walki jasności z ciemnością zaczyna się chwiać i wywracać. Człowiek dumny z przewagi swego rozumu nad chaosem, słysząc coś takiego zaczyna czuć, że świat się wali i zaraz znów znajdzie się wśród małpoludów, walących się po łbach maczugami i będzie musiał bać się burzy. Chaos i zgroza.

Umysł racjonalisty, przerażony konfrontacją z taką wizją, produkuje kolejne racjonalne argumenty i wysyła je w kosmos. Czy jest jakakolwiek szansa, by wyniki badań, fakty i liczby, kogoś do czegoś przekonały? W żadnym wypadku. Gdyby umysł ludzki był rodzajem komputera, to pewnie tak. W rzeczywistości umysł w niczym komputera nie przypomina. Nie przetwarza danych, tylko szuka satysfakcji w spełnianiu różnych pragnień, lub je represjonuje. To z analizą i syntezą nic wspólnego nie ma, więc argumentacja w żadnym wypadku działać nie będzie. Im więcej będzie danych, tym bardziej człowiek nimi do muru przypierany, będzie się czuł tak, jak zwykle. I jeszcze mocniej utwierdzi się w swoim.

Zresztą, wbrew temu, co się zdaje szczepionkowcom, antyszczepionkowcy, to nie są ludzie głupi. Coś ważnego ich łączy i nie jest to brak rozumu, a niechęć do prawd oficjalnych. Oficjalne, to tyle samo, co oszukańcze. Tu nie decyduje stosunek do konkretnych faktów, ale do oficjalności jako takiej. W czasach nieco dawniejszych, sam fakt, że coś jest zapisane w księdze oznaczał, że musiało to być prawdziwe. Znajomość pisma była czymś tak wyjątkowym, a możność obcowania z kolejną książką, była wielką gratką. Nikt nie kwestionowałby żadnej zawartości. Nieco później, gdy książki już drukowano, siła autorytetu przesunęła się z nich na osobę. Wciąż jednak formalne wykształcenie dawało ogromny, niekwestionowany autorytet. Jeśli chodzi o lekarzy, wzmacniany także siłą autorytetu państwa, bowiem w niektórych państwach XIX wieku, lekarze mieli status urzędników państwowych. Nikt nie ośmieliłby się sprzeciwiać twierdzeniom, które wygłaszali, bo to tak, jakby sam król je wygłaszał.

Dziś pisać może każdy. Wykształcenie wyższe też ma już praktycznie każdy. Wprawdzie nie wszyscy jeszcze mają doktoraty, ale to tylko kwestia czasu. Wszyscy też dziś mogą swoje myśli rozpowszechniać. Samo powoływanie się na autorytet wygląda dziś na piarowe samobójstwo. Nie można uzasadniać dzisiaj żadnych twierdzeń, przez powoływanie się na autorytet konkretnego źródła. Prawda stała się czymś względnym. Każdy ma swoją, a twierdzenie, że jest inaczej, jest rodzajem nietaktu i grozi oskarżeniem o autorytarne skłonności. Ten motyw w dyskusjach o szczepionkach przewija się zresztą całkiem często. Ty masz swoją prawdę, ja mogę mieć swoją. Czyż nie słyszeliśmy tego tysiące razy wcześniej przy innych okazjach?

W dzisiejszym powszechnym obiegu legalne sposoby uzasadniania swej prawdy są dwa. Pierwszy, że tak się czuje. Czuje się, że tak jest. Dzięki kontaktowi ze swymi uczuciami, który jest najpierwszą z cnót. Drugi, że nieuznanie za prawdę tego, co akurat my czujemy, gdy mówimy mantrę współczesną „tak czuję”, kogoś krzywdzi, lub do czyichś przyszłych krzywd prowadzi. Prócz tego jest jeszcze oczywiście powołanie się na „badania amerykańskich naukowców”, ale obowiązuje tu niepisana zasada, że nie ma amerykańskich naukowców lepszych i gorszych. Badania nie powinny sobie wchodzić w drogę. Gdy wchodzą, wracamy do punktu wyjścia, czyli co kto czuje. I rozpowszechnia, co rozpowszechnia, zgodnie z tym, jak czuje. Bo tak właśnie czuje. W głębi siebie, gdzie w głębokiej puszczy stoi najświętsza świątynia prawdy najświętszej, bo prywatnej, do której mamy swe prywatne prawo.

Tego rodzaju argumentacja wygląda na przykład tak: „Dodajcie się do jakiejś grupy - szczepieniowej na fb i napiszcie matce, która leży w szpitalu z dzieciem z wysoką groączką od 7 dni po dawce kolejnej szepienia by poszła i zaszczepiła dalsze..”.

Staw czoła oburzeniu i oskarżeniu o nieczułość i wytrzymaj to. Nikt nie ma ochoty. Argumentacja z szantażu emocjonalnego jawi się dziś jako narzędzie największej możliwej emancypacji człowieka. To wyzwolenie od najstraszniejszej z możliwych opresji – tej mianowicie, że trzeba się pogodzić z faktem, iż są ludzie, którzy coś od nas wiedzą lepiej, a my się nie znamy.

Jest w tym wszystkim zresztą ciekawy paradoks. Im bardziej znika religia, tym więcej w to miejsce przedziwnych przekonań, czasem tak dziwacznych, że jakiejkolwiek religii trudno byłoby równać się z tym. Dobrym polem obserwacji są tu diety, wokół których mitologie i subkultury wyrastają w tempie niewyobrażalnym i nikomu nie przeszkadza, że ci dietetycy przeczą sobie wzajemnie, a w sumie ewidentnie bredzą. Doszło do bardzo ciekawego zjawiska. Ludzie masowo przestali wierzyć w jeden mocny system niemożliwych do udowodnienia twierdzeń, gwarantowany przez jedną instytucję o mocno zhierarchizowanym charakterze, więc zamiast tego zaczęli wierzyć w konglomerat drobnych nonsensów, które narastają w potężne ruchy społeczne w miarę, jak wiara w ten jeden system znika.

Religia ani nie jest sposobem leczenia czegoś, ani dietą. Na nic nie pomaga, niczego nie załatwia, ani niczego nie gwarantuje. A jednak ludzie się jej od setek tysięcy lat trzymają, a gdy ona znika, zwracają się w kierunku ani mniej, ani bardziej nielogicznych rzeczy, tyle tylko, że nie pochodzących z jednego dużego źródła, a od wielu mniejszych. W miejsce usuniętej irracjonalności jednego rodzaju, wyrasta irracjonalność rodzaju drugiego. Racjonaliści, którzy dopiero co w pocie czoła i z dumą obalili coś, co widzieli jako nonsens, odkrywają ze zdumieniem, że wyrasta na ich oczach nonsens nowy, do obalenia znacznie trudniejszy, bo taki, który w dużej mierze przyswoił sobie ich język.

Bezkrytyczne opieranie się na autorytecie wyszło z mody i to dobrze. Samodzielne myślenie, prawo wyboru własnej drogi życiowej, prawo do własnych ocen, to coś, co zdobyliśmy i z czego od kilkudziesięciu lat wszyscy korzystamy, dzięki czemu możemy zadawać sobie pytanie, co w życiu naprawdę dla nas ważne i czego chcemy, zamiast korzystać z przygotowanej wcześniej odpowiedzi. To olbrzymia zmiana na globalną skalę. Ma to jednak, jak wszystko, swoją ciemną stronę. Oficjalny autorytet, tak, jak dawniej był ostateczną wyrocznią, tak współcześnie stał się postacią wyklętą. Wyemancypowaliśmy się, także dzięki internetowi, z niego całkowicie. Jednostkowa wolność absolutna, o jakiej dziś marzymy, musi w konsekwencji polegać także na wolności od uznania faktów. Antyszczepionkowość jest forpocztą zmiany znacznie głębszej. Odrzucenia logiki i samej idei prawdy obiektywnej, jako czegoś, co ucieleśniałoby ograniczenie wolności decydowania o sobie. Czekają nas więc zjawiska społeczne, przy których dzisiejszy ruch antyszczepionkowy wyda się drobnostką.
Trwa ładowanie komentarzy...