O autorze
blog o psychologii i psychoterapii. A także o tym wszystkim co jest w głowie i o tym, że wszystko jest w głowie.

www.skuteczna-psychoterapia.pl

Strona książki Blisko, nie za blisko

Skąd się bierze wiara, lub niewiara w ocieplenie

Istotą sporu jest stosunek do rywalizacji.

Wierzę w to, co mówi olbrzymia większość klimatologów – mówią jedni. A ja nie wierzę w naukę, która ustala coś przez głosowanie – odpowiadają drudzy. Obie strony w pewnym momencie muszą złożyć niestety deklarację wiary, podobnie, jak w sprawie szczepionek. Cała tytaniczna praca zdobywania wiedzy nie wyeliminowała tego aspektu. Wciąż trzeba w coś jednak uwierzyć, bo podobnie, jak przy szczepionkach, większość ludzi nigdy nie będzie w stanie zweryfikować tego, co specjaliści do nich mówią.



To, w co się wierzy, nie jest aż tak bardzo istotne. Ważniejsze jest, czemu ktoś decyduje się wierzyć właśnie temu, a nie tamtemu źródłu i do czego swej wiary używa.

Zatem – czemu niektórzy wierzą w globalne ocieplenie, a inni nie? Oczywiście nie można tu zaproponować jakiegoś uniwersalnego wyjaśnienia, które mogłoby być zawsze trafne, wydaje mi się jednak, że istnieje pewna prawidłowość na tyle częsta, że warto by ją spróbować opisać.
Żeby odgadnąć, czy ktoś w ocieplenie wierzy, nie trzeba pytać o klimat. Wystarczy, że spyta się o pogląd na zupełnie inne rzeczy. Na przykład o wolny rynek. Skąd te powiązania? Przecież to się w ogóle nie łączy..? A jednak chyba się łączy.

Myślę, że jeśli chodzi o globalne ocieplenie, istotą sprawy jest stosunek do rywalizacji. Być może osoby, które wierzą w ocieplenie, chcą, by istniała jakaś naturalna bariera dla ludzkiej wolnorynkowej szarpanki o więcej i więcej? Jeśli by taka bariera istniała, sami nie musimy już źle czuć się z tym, że nie palimy się, by rywalizować. Wprawdzie inni radzą sobie lepiej w przepychaniu się łokciami i wygląda na to, że mają z tego jakieś korzyści, ale na poziomie globalnym takie przepychanie się wcale nie jest dobre. Prowadzi do zguby ludzkości. Dlatego nie muszę się przepychać, jeśli nie chcę, bo robienie tego jest dowodem głupoty i krótkowzroczności, a nie zaradności. Jest to więc współczesna wersja opowieści o tym, że ostatni będą pierwszymi. Ci, którzy osiągnęli najwięcej, w istocie wcale nie najwięcej zrobili dobrego, ale odwrotnie – najmocniej przyczynili się do ostatecznej klęski.

A co po drugiej stronie? Czemu niektórzy nie wierzą, i to niewiarą tak silną i tak odporną na naoczne świadectwo, że zasługującą aż na miano religijnej wiary? Można by wyjaśniać sprawę standardowo. Wiadomo, że jeśli proces ocieplania faktycznie jest dziełem ludzkiego przemysłu, to my, jako gatunek, absolutnie nic z tym ociepleniem nie zrobimy. To jest, mam nadzieję, dla każdego raczej oczywiste. Jeśli to jest prawda, jest to prawda ostateczna. Prędzej, czy później, zamknięci w swych luksusowych, stalowych kokonach na raty, spalimy w kilometrowych korkach całą ropę, aż do ostatniego litra, w piecach zaś, prędzej, czy później, spalimy calutki węgiel, jaki leży w ziemi. Aż do ostatniego okruszka. A później jeszcze ten metan, co tam po węglu zostanie, też spalimy do końca. A na końcu stemple z kopalnianych korytarzy wyjmiemy i podkłady kolejowe, z tych torów, cośmy po nich dawniej ten węgiel wozili i te gumowe węże do tego metanu i to też spalimy. Nie ma innej opcji.

Oznacza to, że wiadomość, że to naprawdę wywołuje takie skutki, jakie ponoć wywołuje, jest zbyt straszna, by ją znieść. Wymyślamy więc, co się da. A to, że to wszystko nieprawda, tylko spisek cwaniaków, co żyją z grantów, albo obcego wywiadu, a to, że jak cieplej, to przyjemniej będzie, bo przecież w szklarni też jest ciepło, a proszę, jakie fajne pomidorki rosną, a to, że może to nie od tego przemysłu, już tak przecie drzewiej bywało, panie dziejku, bo przecież Grenlandia ma swoją nazwę, panie dziejku, od koloru, a wiadomo, co to za kolor, bo języki przecież każdy zna, no to to chyba o czymś świadczy, a co oni tam wymyślają, że ich coś zalewa, toż każdy wie, panie dziejku, że jak tu w tej szklance kostka lodu pływa, to jak ona się roztopi, to nic poziom płynu się nie podniesie, no fizyka przecież na poziomie elementarnym, niech do szkoły pójdą się uczyć głupie komuchy, panie dziejku.. I dalej w tym stylu. Inną wersją tej obrony jest zmiana języka. Jeśli temperatura w lutym dochodzi do nastu stopni, nie mówimy, że mamy do czynienia z fenomenem klimatycznym, tylko mówimy, że mamy piękną pogodę. Idealną na spacer.

To standardowe wyjaśnienie, sądzę jednak, że dalece niewystarczające. Nie tłumaczy bowiem, czemu nie wszyscy stosują ten sposób.

Obojętność mediów na ostatnie fenomeny klimatyczne – mieliśmy przecież naprawdę niezwykłą zimę w zeszłym roku, a i teraz nie jest lepiej – ta szokująca radosna niefrasobliwość w wypowiedziach telewizyjnych prezenterów o „pięknej pogodzie” w środku lutego, przy temperaturze kilkunastu stopni, nie jest związana tylko ze strachem przed katastrofą nie do powstrzymania. Wiąże się ona z tym, że żeby uznać, że coś się dzieje, trzeba by przyznać, że musimy totalnie zmienić światopogląd.

Wiara, że starania poszczególnych ludzi o zysk dla siebie zsumują się w zysk wszystkich, jest jednym z ważniejszych dogmatów kapitalistycznej teologii. Być może niektórzy czytelnicy, przebiegając szybko tekst oczami, przeczytali w poprzednim zdaniu słówko „ideologia”. Nie ideologia. Teologia. Kapitalistycznej teologii. Tak ma być.

Kapitalizm u swych początków był przede wszystkim koncepcją teologiczną. Tak zwana ekonomia naukowa powstała później, jako nadbudowa dla metafizycznej wiary. Dla jej twórców mechanizmy rynkowe, ich doskonałość podobna do doskonałości mechanizmów przyrody, była, o czym dziś już mało kto pamięta, przejawem woli samego Boga. Oni tak to widzieli – to Bóg miał tak świat urządzić, że doskonale nieregulowany rynek miał sam z siebie prowadzić do szczęścia dla wszystkich. Im bardziej nieregulowany, tym bardziej wyrażać się w nim miała mądrość Stwórcy, co tak właśnie świat urządził, by ambitni mężczyźni, rywalizując, przyczyniali się najpełniej do szczęścia wszystkich. Bo sam był też takim mężczyzną.

Gdyby uznać globalne ocieplenie za fakt, jego powstrzymanie byłoby możliwe tylko pod warunkiem, że poszczególni ludzie zgodzą się ograniczyć swój zysk dla zysku ludzkości jako całości. Oznacza to, że podstawowy dogmat tej teologii upada. Świat nie jest stworzony w ten sposób, że niczym nie skrępowana rywalizacja jednostek prowadzi do maksimum korzyści dla nich wszystkich. Czyli Bóg – stwórca - nie jest ambitnym mężczyzną. Do zysku całości nie prowadzi staranie każdego o zysk dla siebie, ale zawieszenie tego starania, być może nawet pod naciskiem grupy. O tym mówi opowieść o przegrzaniu planety. Żeby powstrzymać taki proces, nie wystarczy nadać więcej reklam, ani dać tańsze kredyty. Potrzebne by było działanie globalne, nie tylko nie sterowane żadnym mechanizmem rynkowym, ale wręcz blokujące działanie rynku. Czyli ktoś musiałby stać ponad rynkiem. Dla wyznawcy to bluźnierstwo.

Oczywiście kapitalistyczna teologia miała swoje źródło w strukturze przedkapitalistycznych rodzin, gdzie dominujący mężczyzna znajdował się w roli Boga. Najważniejszy w domu był mężczyzna, który utrzymywał ten dom dzięki swojej przemyślności i zdolności do rywalizacji, zaś jego metafizycznym odbiciem był podobny do niego Bóg, który stworzył świat w taki sposób, że rywalizacja wszystkich, nie zakłócona przez żadną ludzką skłonność do poprawiania doskonałej przyrody, prowadziła do maksymalnej korzyści dla wszystkich, którzy na to zasługiwali. Czyli byli pracowici i oszczędni. Doskonały brak regulacji oznaczał, że nie tylko w skali jednej rodziny, ale i w skali globu, ani matka, ani teściowa, mają się nie mądrzyć. Nic nie poprawiać. Rywalizacja wystarcza w zupełności i wszystko załatwia, tak w przyrodzie dzikiej, jak i w ludzkim społeczeństwie.

Dla odmiany, współczesna eko-teologia jest w dużej mierze wynikiem pojawienia się rodzin matryfokalnych, czyli takich, w których centralną postacią, a często i jedyną dorosłą osobą, jest matka. Jej metafizycznym odbiciem jest matka-natura, która karmi, gdy się jej na to pozwoli. Jak sprawić, by nas nakarmiła? Nie tak, jak w tamtym modelu, pracą i staraniami, tylko dokładnie odwrotnie. Będąc „zen”. Po prostu będąc. Siedząc tu i teraz i nic nie planując. Kontemplując. Nie orząc, nie siejąc, lecz pozostając biernym, niczym te ptaki na niebie, co to nie zbierają do spichlerzy. Wtedy pojawi się wszystko, co trzeba, a co się nie pojawiło, to znaczy, że nie było potrzebne. Tej Matki Natury nie wolno eksploatować, gdyż ją to zrani i ona od tego może nawet umrzeć. Wszystko, co musisz zrobić wedle tej opowieści, to się rozluźnić i „być”.

Bóg-mężczyzna do swoich wyznawców przemawiał, posługując się logiką i ścisłymi prawami przyrody. Kto je odgadł i umiał wykorzystać, tego czekała nagroda. Taka matka-natura natomiast nie mówi, natomiast dużo czuje. Głównie troskę. Rynkowa walka, staranie się i nieskrępowane zaspokajanie pragnień, może ją tylko zasmucić.

Filozofia nie wierzących w ocieplenie wolnorynkowców mówi, że interwencje Wielkiej Opiekunki (oni najczęściej mówią na nią „urzędnik”) nie naprawiają, tylko psują i są niepotrzebne. Z zasady, i zasada ta ma charakter nadrzędny. Niech ponad rynkiem nikt nie stoi. Podobnie i w rodzinie, niech matka z teściową za dużo się nie udzielają. Jeśli dzieci w piaskownicy tłuką się o wiaderko, nie wchodzić między nie, nie mówić „Jasiu, daj Tomeczkowi też się pobawić, bo się jeszcze nie bawił, schowaj tę metalową łopatkę, którą właśnie zamierzałeś go zdzielić po głowie i podajcie sobie rączki”. Zamiast tego pozwolić, by dzieci same uregulowały sprawę między sobą, bo tak właśnie, w tej mądrości naturalnej, przejawi się wola boża najpełniej. I tak samo z rynkiem. Nie regulować, bo każda ludzka interwencja w boskie dzieło - przyrodę, której rynek jest przedłużeniem, może tylko zepsuć, a nigdy naprawić. Im więcej człowiek się wtrąca, tym więcej psuje, bo Rynek sam Bóg dla człowieka urządził, tak jak dla zwierząt Dżunglę. I tu i tam wszystko jest, jak on sam, doskonałe.

I dlatego na pewno się nic nie przegrzeje, wcale nam się żadna planeta nie popsuje, żadnym urzędnikom tu wierzyć nie trzeba, bo pieniądze tylko wyciągają, darmozjady jedne, a my tylko musimy jeszcze więcej i sprawniej konkurować. I co się przegrzeje, to nawet, jak się roztopi, to się od samego obniżenia podatków ochłodzi, a w ogóle, to się tylko zdaje, że się przegrzewa, bo nawet jest wręcz przeciwnie, tylko trzeba dobrze policzyć. To oczywiście czysta teologia.
Gdyby ją odrzucić, trzeba by uznać, że nie możemy mieć coraz więcej i więcej, tylko musimy dobrowolnie się ograniczać. W ogóle zysk przestaje być ostatecznym kryterium. Czyli wzrost gospodarczy przestaje być miarą sukcesu, bo wraz ze wzrostem obrotów, wzrastać musi i temperatura. Kompletnie się wszystko do góry nogami wywraca.

Wchodzi wówczas nowa wiara. W konieczność interwencji i opieki. Nie ojciec, który mówi, że dzieci sobie same najlepiej poradzą, tylko matka, która zatroskana sprawdza, czy w porę zjadły, czy szalika nie zgubiły i czy się nie pobiją aby. I taka wielka matka – państwowy urzędnik, co o ocieplenie zadba, blokując konkurujących mężczyzn, od razu i inne zastosowania znajduje. Bo na przykład, co zrobią wyrzuceni górnicy, kiedy stracą pracę? A co zrobią literaci, których nikt nie chce kupować? Co zrobią lokatorzy komunalnych mieszkań, gdy zostaną sprywatyzowane? Co zrobią rolnicy, którym dziki plony zeżrą i co zrobią dziki, które nie będą miały już co żreć, gdy się wszyscy rolnicy do Warszawy na stałe przeniosą? Takie wcielenie opieki znajdzie na to wszystko sposób, dzięki nieskończonej swej, matczynej tkliwości.

W tym modelu trzeba dbać, zabiegać i współczuć. Także kosztem własnej korzyści, bo najważniejsza wówczas nie jest zaradność, a empatia. Konsekwentny wyznawca tej wiary empatyzuje, choćby go to miało i zrujnowanie całego własnego zdrowia i życia kosztować. Mniej konsekwentny zadowala się tropieniem grzeszków i egoizmów u tych, co empatyzują niewystarczająco i wyraża oburzenie, kiedy może. U obu podgrup w sporze o to, czy przypominać dziecku, by zjadło, czy jednak zakładać, że się jeszcze żadna żywa istota nigdy sama z siebie na śmierć nie zagłodziła, to ona, matka ma wówczas rację, nie on - ojciec. Samo się nie wyreguluje, tylko się trzeba troszczyć. Bo samo nie przeżyje.

Nikt tego sporu nigdy jeszcze ostatecznie nie rozstrzygnął, więc i spór o globalne ocieplenie będzie się toczył dość długo.
Trwa ładowanie komentarzy...