O narzekaniu

Przeczucie, że nie może być "za dobrze", jest wspólne dla wszystkich ludzi.

Sporo ostatnio można przeczytać o złych skutkach narzekania. Jak nauczają życiowi doradcy, mamy wybór. Możemy narzekać, albo nie narzekać i jeśli wybieramy narzekanie, to sobie szkodzimy. Czyli powinniśmy przestać.



Coś jest faktycznie na rzeczy z tym narzekaniem. Są ludzie, dla których stękanie jest sposobem na życie. Na każde pytanie odpowiadają skargami. Pogoda fatalna, jedzenie straszne, wyjazd był stratą czasu, kwatery koszmarne, teraz trzeba do szkoły wracać, a szkoła, to lepiej nie mówić. Politycy, wiadomo. Samochód niby jeździ, ale ile to kosztuje i jak to się szybko starzeje. No i ta benzyna jaka droga. A ubezpieczenie.. Idą święta. Znów trzeba będzie się narobić i ile to pieniędzy wydać. A te okna nie umyte, no jak te okna wyglądają.. A ciuchy.. No ale teraz, to nawet nie można dobrych ciuchów kupić. Wszystko takie nietrwałe. Kiedyś, to były ciuchy. A teraz.. Strumień skarg nie kończy się nigdy.

Przy osobach, które mają tego rodzaju zwyczaj, człowiek go pozbawiony może czuć się trochę niezręcznie. Załóżmy, że się z czegoś cieszymy, bo udało się nam i było świetnie. Chcemy się podzielić. Ale jak to zrobić? Można czasem przy kimś takim poczuć się dosłownie jak zdrajca. Opowiadamy, że było dobrze, a słuchacz niby słucha, ale jakby nie słuchał. Jakby był gdzie indziej. Nudzi się. Odjeżdża. Wtrąci czasem jakąś swoją uwagę, będącą, rzecz jasna, mniej lub bardziej zawoalowaną skargą, my uprzejmie odpowiemy, ale wracamy do tego, co to nam akurat udało się i było dobre, ale czujemy się w tym jakby sami. No niby fajną rzecz opowiadamy, ale nie za bardzo ta opowieść chwyta. Dopiero, gdy poruszymy jakiś zły aspekt, słuchacz ożywia się. Byłeś na nartach. Super warunki. Ale fotele na wyciągu starego typu i szybko jechały. Jak się siadało, można było uderzyć się w łydkę, bo taka goła deska. Siedemdziesiąte lata. No tak. Tak. Teraz chwyciło. No bo dlaczego oni tyle zarabiając na tym, nic tych wyciągów nie remontują? No i kiedy to się w tej Polsce coś zmieni, coś ruszy..? I już nasz słuchacz płynie. Już się załapał na opowieść i już mu jest dobrze. Dobrze, bo źle.

I, żeby zostać dobrze zrozumianym, nie chodzi tu o sytuację, w której zwalamy się komuś na głowę z opowieścią o naszym szczęśliwym dniu w chwili, gdy on akurat przeżywa jakąś faktyczną tragedię. To byłaby całkiem inna historia i warto to rozróżnić. Tu mowa o czym innym. Tu mowa o osobach, dla których narzekanie jest sposobem prowadzenia narracji o wszystkim. Ich każdą opowieścią rządzi zasada tragizmu, skargi, lub ostatecznie oburzenia. Zasada komizmu, lub wychwalania, nie pojawia się tu wcale i nie zależy to od tematu. Rozmowa bez narzekania jest z kimś takim niemożliwa i kiedy próbujemy to robić, czujemy się niestosownie. Jak ktoś w rodzaju profana na przykład.

Ludzie, którzy doradzają, by nie narzekać, oczywiście mają sporo racji. Kiedy narzekasz, cały czas podkreślasz ciemne strony, to oczywiste jest, że świat wydaje ci się gorszym miejscem i humor się pogarsza. To przecież takie proste. A jednak ludzie to robią. Czyli sami sobie szkodzą, tak? No dobrze, ale czemu? Jak to możliwe, że rozumna istota sama sobie robi źle?

Zwolennik prostych rozwiązań powiedziałby, że nie ważne czemu. Jest zły zwyczaj, to zamień go na dobry. A zastanawianie się „czemu”, to kolejny zły zwyczaj. Bo cofa cię znów w jakieś narzekanie. Zamiast tego wybierz przyszłość. Nie zastanawiaj się, kiedy to się zaczęło, bo zaczniesz na to kwękać i znów się zanurzysz, tylko zamień ten zły zwyczaj na lepszy. W ten sposób twoje zwyczaje będą coraz lepsze i za dwa, najdalej trzy miesiące staniesz się podobny do kosmicznej rakiety gotowej do startu, a następnie wystartujesz i z tryumfalnym rykiem polecisz prosto w gwiazdy. Będziesz miał tylko stronę przednią i w ogóle żadnej tylnej. Zostaniesz wcieleniem czystej, absolutnej pozytywności.

Tak. Żartuję.

Ludzie narzekają z jakiegoś powodu. Jeśli go nie rozumiemy, nie ma sensu doradzać, by przestali, bo uzyskany efekt nie będzie trwały. Najczęściej spotykanym powodem narzekania jest to, że wspólne utyskiwanie jest sposobem nawiązywania kontaktu. Jeśli wspólnie mówimy, że coś jest złe, mamy jakby wspólnego wroga. To może być cokolwiek. Na przykład właśnie zbliżająca się praca na święta. Ktoś powie, że tej pracy jest za dużo i, że to okropne. Ktoś inny mu odpowie, że dla niego to też jest okropne i już mają wspólny, wrogi obiekt.

Zostają sojusznikami. Mogą też powiedzieć „rzuciłby to człowiek w diabły i pojechał gdzieś na urlop, zamiast te święta robić” i wówczas, choć pozornie podkreślają ciemne strony życia, w rzeczywistości niemal uśmiechają się do siebie. Uzyskują jakiś rodzaj porozumienia i zostają jakby wspólnikami w planowanym przestępstwie. Czyż wspólne uprawianie ekstremalnych sportów nie zbliża? Trochę zbliża na pewno. Oczywiście tak realnie, to nigdzie nie wyjadą. Będą robić te święta i będą narzekać. Na domowników, którzy nie pomagają, na okna, które trzeba umyć, na ceny, na nieświeże, na fałszowane, na tych, co nie przyszli, albo tylko na chwilę przyszli, albo przyszli na gotowe. I dowalą sobie jeszcze więcej pracy, wymyślą jeszcze jedną rzecz i jeszcze jedną, którą trzeba, no absolutnie trzeba, bo jezusmaria kto to zrobi, no przecież nikt tego nie zrobi za człowieka, i absolutnie, za żadną cenę nie dadzą się namówić na to, by faktycznie, a nie tylko w retorycznej figurze, rzucić to wszystko w diabły i pojechać dokądś w tę Wielkanoc, by cieszyć się wiosną. Nie ma opcji.

Bo to jest właśnie po to, by na to narzekać. Wspólnota narzekających opiera się na kilku ważnych zasadach. Po pierwsze, nigdy nie przynosimy dobrych wiadomości. Uzyskujemy zrozumienie i sympatię, przez przynoszenie złych wiadomości, z którymi pozostali członkowie wspólnoty mogą empatyzować. W cenie jest oburzenie na niesprawiedliwość, dlatego, jeśli zostałeś gdzieś niesprawiedliwie potraktowany, nie zapomnij donieść o tym wspólnocie. Ona cię z tym zawsze dobrze przyjmie. Po drugie, jeśli coś ci się udało, a już musisz o tym mówić, spróbuj przedstawić to w taki sposób, w którym podkreślisz negatywny aspekt. Czyli właśnie na przykład byłeś na nartach, ale kosztowało to krocie i co teraz będzie? Albo były dobre warunki, ale opisujesz to jedynie w kontraście do warunków najczęściej występujących, bo zwykle są złe i właśnie na tym się skupiasz. Że zwykle śniegu nie ma. Kiedyś, to był śnieg. A teraz nie ma.

Od wspólnoty uzyskujesz wówczas to, co jest dla niej ważną wartością. Empatię. Bo to jest właśnie trzecia zasada takiej grupy. Empatyzuj z nieszczęściem. Empatia świadczy o człowieku dobrze. Trudno jest empatyzować, jeśli komuś jest dobrze i bez naszej empatii, bo nie ma akurat żadnego problemu. Nie potrzebuje naszej empatii wcale, nie możemy więc, empatyzując z nim, poczuć się szlachetni. Jeśli było ci fajnie, to po co przyszedłeś? Nic dla ciebie nie mamy, bo my tu tylko współczujemy nieszczęśliwym. Wyciągamy z dołka. A co zrobić, gdy nie ma dołka?

Gdy nie ma dołka, jest pustka.

Ale czasem coś gorszego od pustki. Wspólnota nieszczęścia ma też bowiem czwartą, ważną cechę. Jesteśmy tu wolni od zawiści. Bo nie ma miejsca na zawiść tam, gdzie nikt nie przyznaje się do satysfakcji. Jeśli nie mówimy o satysfakcji, a jedynie o cierpieniu, nikt nie może poczuć się od nas gorszym. Zamiast tego uzyskujemy od otoczenia komentarze w rodzaju „ileż ty musisz znosić”, które są dość przyjemne, bo pozwalają poczuć się heroicznym. Ale to taki heroizm, który zawiści żadnej nie wywołuje, bo przecież nikt nie chciałby się z nami zamienić i znosić też tyle. Dostajemy więc coś fajnego – zawoalowaną pochwałę – ale czujemy się bezpieczni, bo pewni jesteśmy, że nam tego nikt nie zazdrości.

Wspólnota narzekających ma też zasadę piątą – nigdy nie sugeruj członkom, że ich cierpienie może mieć jakikolwiek związek z czymś, co sami sobie robią. To właściwie powinno być wymienione na pierwszym miejscu. Nie kwestionuj samego skarżącego. Nie mów mu, że się przyczynił. Problem jest, ale problem jest na zewnątrz. Cały. Nie tak, że trochę na zewnątrz, ale chociaż troszeczkę też i wewnątrz. Cały, absolutnie cały wyłącznie na zewnątrz. I tam na niego wskazujemy i tam go opisujemy i tam narzekamy. A wewnątrz jest brak satysfakcji. Nie flirtujemy z rzeczywistością, próbując myśleć, jak do niej się przystosować. Ogłaszamy, że przystosowanie do chorej rzeczywistości nie może być oznaką zdrowia. I nie pytamy, która rzeczywistość i kiedy i gdzie, to była ta zdrowa. To pytanie nie jest taktowne. Zamiast tego wspieramy pogląd, że nieprzystosowanie do rzeczywistości chorej jest objawem moralnej wyższości.

Czyli jeśli na przykład nie ma pracy, bo jest bezrobocie, to nie ma tak, że trochę faktycznie nie ma pracy, ale i trochę nie masz chłopaku żadnego konkretnego zawodu, boś się żadnego nie wyuczył, gdy był czas. To nie tak. Nie masz zawodu, bo to chory kraj. Tematem jest chory kraj, a nie grzebanie w sobie i we własnych wadach. Kiedyś z tego chorego kraju wyjedziemy, bo po co żyć w chorym kraju. Jeśli zaczniesz komuś mówić, że może mógłby jednak zdobyć jakieś kwalifikacje i wtedy może, nawet w tej trudnej sytuacji jaka jest, byłoby mu łatwiej znaleźć pracę, choćby o te parę procent, no nawet nie negując tego, że faktycznie ogólna sytuacja na rynku jest kiepska, ale jeśli tak, to przecież tym bardziej warto jakiś konkretny fach mieć, to wspólnota narzekających wykluczy cię natychmiast. Staniesz się postacią wzbudzającą oburzenie, ponieważ odmówiłeś empatii. Uznania nie uzyskuje się tu przez odnoszenie sukcesów, czy epatowanie nimi, te bowiem są podejrzane i budzą zawiść, tylko uzyskuje się to uznanie właśnie przez empatię, bo to ona świadczy o prawdziwej wartości człowieka.

W rzeczywistości uczestnictwo w takiej wspólnocie może dawać członkom mnóstwo satysfakcji, opartej właśnie na wspólnie przeżywanych porażkach i rozumieniu się w nich. To wcale nie jest tak, że tego rodzaju narzekanie szkodzi. Daje przyjemność. Cierpienie może dawać poczucie moralnej wyższości, bo ten, kto cierpi, raczej będzie pokrzywdzony, niż sam nie w porządku. Gdy opowiadamy, że cierpimy, reguły dobrej narracji nakazują, by to raczej ktoś inny był nie w porządku. Wyższość jest tu oczywista. Z tego powodu ludzie nie łatwo pozbywają się skłonności do narzekania.

Ma to i inny aspekt. Jeśli coś jest dobre, fajne, udane i dobrze idzie, zawsze może się zmienić na gorsze. Każdy, kto przyglądał się zabawom dzieci, które ustawiają wysoką wieżę z klocków, może zauważyć ten szczególny efekt. Im wyższa wieża powstaje, tym większa pokusa dzieciaka, by jednym ruchem ją rozwalić. Aż się prosi. Stanie przed bardzo wysoką, ustawioną z klocków wieżą, oznacza wewnętrzną walkę między chęcią rozwalenia, a obawą, że rozwalimy, wyrażającą się w nadmiernej ostrożności w stawianiu kolejnych klocków jednego na drugim. Mamy w sobie taką część, która chce wznosić tę wieżę wyżej i wyżej, ale mamy i taką, która czerpie przyjemność z rozwalenia tego, co wysokie i do przewrócenia łatwe. Nie ma ludzkich istot, które mają tylko jeden aspekt – tylko by wznosiły i nigdy nie przewracały. To niemożliwe. Czujemy to w sobie, dlatego, gdy rzeczy przez zbyt długi czas idą zbyt dobrze, zaczynamy czuć jakiś niepokój. To za dobrze idzie. Za długo. Za długo jest spokój. To nienaturalne. Jeśli ktoś miał w przeszłości sporo złych doświadczeń, ta tendencja może się nasilać. Wówczas spokój budzi mnóstwo lęku, a nieszczęście uspokaja, bo już nie czekamy na to, co i tak nieuchronne. Czasem ktoś, kto miał złe doświadczenia, może mieć nawet tendencję do tego, by specjalnie to nieszczęście ściągać, aby już na nie nie czekać i nie bać się go.

Ale tak, czy inaczej, to przeczucie, że nie może być „za dobrze”, jest wspólne dla wszystkich ludzi. Stąd mamy zresztą różne opowieści o tym, jak coś, co zbyt dobre, przemienia się w klęskę. Wieża Babel, Ikar, opowieść o Midasie i wiele innych. To są właśnie historie o tym, że wzrost nie może nie mieć jakiejś granicy. Ludzie w przeszłości, kierowani tym przeczuciem, składali ofiary. Jeśli coś poświęcisz, równowaga zostaje przywrócona i możesz osiągać wzrost, bo coś jednak oddałeś i gdzieś cię boli. Im większy sukces odnoszono, tym więcej ofiar składano. W wypadku znaczących porażek, podobnie. Liczono, że złożenie ofiary pozwoli uzyskać równowagę. Jeśli ma być źle, to niech będzie źle tam, gdzie możemy się na to zgodzić. No to poświęćmy kilka koni, odcierpimy to jakoś, a może wtedy zaraza się cofnie i oszczędzi trochę naszych ludzi. To instynktowne działanie, znane we wszystkich kulturach. Zwyczaj wspólnego narzekania jest do tego nieco podobny. Kiedy narzekamy, zapewniamy każdego, kto mógłby usłyszeć, że na pewno nam nie jest za dobrze i z całą pewnością nie trzeba nas temperować, by się nam nie przewróciło w głowie.
Trwa ładowanie komentarzy...