O autorze
blog o psychologii i psychoterapii. A także o tym wszystkim co jest w głowie i o tym, że wszystko jest w głowie.

www.skuteczna-psychoterapia.pl

Strona książki Blisko, nie za blisko

Dwa miliony przeoczonych

Nikt jeszcze nie próbował kandydować, będąc sobą. Jeden człowiek spróbował i efekty są niesamowite.

Wynik pierwszej tury nie niesie niespodzianek. Prawdziwym zwycięzcą jest Kukiz. Kukiz, czyli kto? A raczej – Kukiz, czyli co, bo przecież ludzie nie głosują na „kogoś”, tylko na „coś”. Coś, co do nich przemawia, co sobie wyobrazili, o czym marzą, lub o co im chodzi. Czym więc jest Kukiz dla wyborców? Jedyny naprawdę ciekawy moment w tej nudnej kampanii, to wystąpienie Korwina, w którym on kilkoma oczywistymi argumentami i jedną karteczką na ksero rozbija w proch pomysł JOW-ów. Zaskakujący, makiaweliczny ruch, godny Franka Underwooda. Przez moment wydawało się, że wściekły, bo znów przez kogoś zostawiony w tyle Korwin osiągnie tym razem swój cel, przejmie wyborców Kukiza i wreszcie coś wygra, a rockman wyjdzie na głupca i zostanie zapomniany. Mogło zadziałać, ale nie zadziałało. Czemu?



JOW-y prowadzą w prostej linii do systemu dwupartyjnego i kompletnego zabetonowania sceny politycznej, czyli do efektu dokładnie przeciwnego, niż ten, o który chodzi Kukizowi. To oczywistość.

Co ciekawe, ta wiedza jest dostępna od lat. Te symulacje dawno zrobiono i wiadomo, że szczególnie w polskich warunkach ten pomysł jest bez sensu. A jednak, gdy Kukiz grzmiał o JOW-ach, obiecując, że one zmienią ten kraj, kompletnie nie słychać było z drugiej strony kontrargumentacji, której centralnym punktem byłaby jakakolwiek matematyczna symulacja, pokazująca, do czego ten system musi prowadzić. Nawet najprostsza możliwa, czyli taka, jaką pokazał Korwin. Dlaczego nikt się na to nie wysilił?

Właśnie to jest bardzo ciekawe. Otóż kontrargumentacji ściśle merytorycznej nie było, lub nie było jej słychać dlatego, że walka na argumenty generalnie wyszła z mody. Zamiast argumentów dziś używa się oburzenia. Pewne poglądy są słuszne, ponieważ są poprawne moralnie, inne natomiast są niesłuszne, ponieważ są oburzające i budzą niesmak. Coś się odrzuca, bo jest zachodnie i bezbożne, albo odrzuca się to, bo jest kruchciane i obciachowe. I kropka. Żadna inna metoda argumentowania w mediach się nie przebija. A ponieważ niesmak jest rzeczą względną i to, co jednego oburza, dla drugiego jest oczywiste, poglądy zbiorowości polaryzują się, uskrajniają, a przepływu informacji nie ma. Absolutny prymat uczucia nad rozumem, prowadzi prostą drogą do tego, że tworzą się izolowane wspólnoty ludzi o podobnej estetycznej wrażliwości i preferujących podobny styl życia. Wśród takich współplemieńców kulturowych całkowicie wystarcza, że adwersarza nazwie się niedouczonym prostakiem, feministyczną frustratką, mizoginem, pieskiem salonu, albo od razu z grubej rury Żydem. Niczego więcej nie potrzeba, by uzyskać poklask ludzi, podzielających nasz system wartości. A z pozostałymi się nie dyskutuje, bo nas oburzają. A oburzenie, wiadomo, jest święte.

Na tym tle wystąpienie Korwina, który po prostu podał merytoryczny argument, zajaśniało przez chwilę jak gwiazda. Ale zajaśniało i zgasło. I wcale nie dlatego, że przyczyną tej korwinowej niespodziewanej wolty była zawiść, a wyborcy to rozszyfrowali. Mogło i tak być, ale powód porażki był inny. Otóż wyborcy Kukiza w istocie nie głosują na JOW-y. Oni czują się upokorzeni i są coraz bardziej wściekli, bo z jednej strony wciąż obniża się ich standard życia, a z drugiej są bombardowani w mediach coraz bardziej rozpasanymi wizjami cudzego bogactwa.

Warto wiedzieć pewną ważną rzecz o bogactwie. Jego się nie liczy w dolarach, ani złotówkach. Bogactwo jest względne. To, czy jesteśmy dobrze, czy źle sytuowani, zależne jest od tego, na kogo patrzymy. Z kim się porównujemy. Człowiek współczesny porównuje się z tym, co widzi w telewizji. Jeśli widzi tam człowieka, który ma designersko urządzony dom, to nie ma znaczenia, że on sam ma kawalerkę, o której mieszkańcy Afryki mogliby tylko pomarzyć. Czuje się biedny, bo choć ma kawalerkę, to widzi dom. A jeśli dla utrzymania tej kawalerki musi coraz więcej i więcej pracować i jest swojej pracy coraz bardziej i bardziej niepewny, jeśli coraz częściej musi znosić tam upokarzające procedury? To jest wściekły. Jeśli pracuje w systemie, w którym codziennie musi starać się ze wszystkich sił, by coś sprzedać, kogoś do czegoś namówić, przedstawić jako ważne coś, w czego wagę sam nie wierzy, nadać wyjątkowe znaczenie czemuś, choć dla niego samego to wyłącznie kwestia przetrwania, to zaczyna mieć alergię, kiedy widzi to samo na ekranie.

To doświadczenie, podzielane dziś przez coraz więcej osób, nie ma żadnego języka, którym by się mogło publicznie wyrazić, bo jedyna znana społeczeństwu teoria państwa, to teoria Thatcher. Inne są nieznane. Czego jej językiem wypowiedzieć się nie da, to pozostaje niewypowiedziane. Jeśli Kukiz podsunął w to miejsce JOW-y, w porządku, mogą być JOW-y. Mogłoby być cokolwiek. Podobno za chwilę będziemy mieli referendum w sprawie JOW-ów. Trudno o lepszy dowód na to, jak bardzo sztaby są odklejone od rzeczywistości.

Nie mam w domu telewizji. Telewizora używam tylko jako wyświetlacza do filmów puszczanych z internetu. Tam każdą informację mogę obejrzeć z różnych punktów widzenia. Zawsze to robię. Niczego nie puszczam dalej w obieg, dopóki się dokładnie nie dowiem, kto ma zdanie podobne, kto ma przeciwne, jakie jest źródło, jaka jest jego waga, kto to napisał, co go napędza, jaka to grupa interesu i o co tu chodzi. Jeśli tego nie jestem pewien, nie traktuję materiału jako informacji.

Obejrzałem kilkanaście wywiadów z kandydatami, w tym parę z Kukizem. Trzeciego maja, w fejsbukowym komentarzu pod dyskusją na jego temat napisałem o nim tak:

Bredzi o gospodarce i paru innych rzeczach, ale ma coś, czego nie ma żaden inny kandydat i przez co wszyscy pozostali wprost wstrząsająco łatwo wychodzą na kukły. Jest sobą. Co nie oznacza, że jest właściwą osobą na to stanowisko. Ale nikt jeszcze nie próbował kandydować będąc sobą. Obserwowanie tego i tych pozostałych razem, pokazuje, w jak załganym jesteśmy matrixie, w sumie dobrze do tego już przyzwyczajeni.

Utkwiła mi jeszcze jedna scena z kampanii. Któryś z kandydatów, zapomniałem już jego nazwiska, staje na rynku w jakimś mieście i wypuszcza z klatek gołębie, które mają coś symbolizować. Nie wiem co, może pokój..? Kogo to miało poruszyć? Puste gesty, puste słowa, magiczne ruchy dłoni i święte gołębie. Stara baśń. To jest martwe. Inny kandydat w noc wyborczą czyta przemówienie z kartki. Puste to, jak u Gombrowicza słynne z pustej lufy strzelanie.

W epoce globalizacji rządzą lobbyści. Politycy nie decydują już o niczym ważnym i wybór pomiędzy nimi nie zmienia nic, prócz kwestii czysto estetycznych. Dlatego tak desperacko skupiają się na dyskusji właśnie o nich. Sama procedura wyborów, gdzie każdy z kandydatów stara się stworzyć publiczne wrażenie, że jest kimś szczególnym, staje się coraz bardziej irytująca w miarę, jak coraz wyraźniej widać, że to wszystko efekt pracy reklamiarzy. I nagle wychodzi człowiek, który jest autentycznie wściekły, autentycznie mu na czymś zależy i wierzy w to, co mówi. Nie mówi do ludzi tego, co mu podpowiedziano, że oni by chcieli usłyszeć, tylko mówi to, co czuje, bo emocje zbiorowości mówią przez niego. I kiedy mówi, jest mu wszystko jedno, jak to zostanie odebrane. Mówi swoje. Kontrast jest bardzo mocny. I wtedy nie liczy się już, co konkretnie jest mówione i jakie są propozycje. Jedyne, co się liczy, to to, że ten człowiek jest wewnętrznie prawdziwy, choćby był nawet naiwny.

W dzisiejszym wywiadzie z Olejnik, Kwaśniewski przewiduje, że wyborcy Kukiza zagłosują na Dudę, albo pozostaną w domach. Jest w tym pewien sens. Wyborców PiSu od wyborców Kukiza wiele różni, ale łączy ich przekonanie, że świat może się zmienić w jakiś zasadniczy sposób. Ci, którzy popierają Komorowskiego, zdają się tego poglądu nie podzielać. Tu przekaz jest inny – żadnej Ameryki się już nie odkryje i trzeba się urządzać, radzić sobie, w tym, co jest. Inny świat nie jest możliwy, a wiara w to, że jest inaczej, prowadzi do zabawy prochem.
Które przekonanie będzie liczniej reprezentowane? To pewnie zależy od tego, jak wielka będzie złość. Idą wakacje, rodziny będą mieć wydatki.
Trwa ładowanie komentarzy...