Co oburzenie buduje

Czy „ruchy oburzonych” mają potencjał wprowadzenia jakiejś realnej zmiany? Wiele społecznych ruchów protestu zaczyna się mocnym akcentem, ale po pewnym czasie słuch o nich ginie.

Mamy tu tak liczne przykłady z Polski, że nie sposób wszystkiego spamiętać. Są i zagraniczne. Ruch Occupy Wall Street, jego turecki odpowiednik, protestujący przeciw zmianie charakteru najbardziej zachodniej i świeckiej dzielnicy Stambułu, arabska wiosna (ktoś ją jeszcze pamięta?), pomarańczowa rewolucja i wiele innych.



Ich historie się różnią, ale jest sporo podobieństw. Najpierw podskórne przeczucie, że narasta jakiś społeczny nastrój i „coś” go powinno wyrazić. Zaczyna się aktywność internetowa, zwoływanie na forach społecznościowych, następnie jakieś spotkanie, demonstracja, albo okupacja czegoś. Albo zryw wyborczy. Bywa to bardzo spektakularne i wielu komentatorów mówi wówczas o zmianie czasów, nowej epoce, lub nowym rozdziale. Przez pewien czas uczestnicy cieszą się swoją obecnością, zachwyceni są tym, że udało im się wzajemnie policzyć, czują, że jest ich wielu i pokładają duże nadzieje w potencjale tej liczebności. Dyskutują, żywo interesują się nimi media, mnóstwo ludzi analizuje to nowe zjawisko, dochodzi to do jakiegoś apogeum, a później zaczyna się faza hamowania.

Dyskusje piętrzą się i rozbudowują. Grupa nie może porozumieć się co do pryncypiów. Brnie w coraz bardziej odrealnione spory. Mnożą się stronnictwa. Zaczyna pojawiać się zniecierpliwienie, że mimo tak dużego potencjału, nie udaje się sformułować żadnego celu, ani przeprowadzić skutecznych działań. W końcu grupa staje się coraz mniej liczna. Jeszcze przez pewien czas jest aktywna w internecie, ale w końcu to także wygasa. I nikt już o tym zrywie nie pamięta.

A przecież za każdym razem ten potencjał istnieje. Istnieje niezadowolenie i mnóstwo osób, które deklarują, że coś chciałyby zmienić. Czemu w takim razie nic się nie zmienia?
Żeby to zrozumieć, warto przyjrzeć się historiom sukcesu, czyli takim zrywom, którym udało się zbudować coś naprawdę. Te ruchy, które przetrwały, mają kilka ważnych cech, których współczesne „ruchy oburzonych” są pozbawione. Więcej nawet – te współczesne opierają się często na zasadniczej negacji tych właśnie zasad, które dawniej decydowały o trwałości wszelkich zbiorowych poczynań. To już na starcie ostatecznie przekreśla ich szanse.
Co do tych, którym się udaje dziś, lub udawało się im dawniej - po pierwsze ich propozycja nie jest jedynie propozycją krytyczną. To propozycja pozytywna – nie tylko „dalej tak być nie może”, ale też „mamy konkretny pomysł”. Bunt daje energię, ale fundamentem nie jest emocja, tylko myśl. Projekt. Im bardziej szczegółowy, tym lepiej.

Wiele przedsięwzięć współczesnych opiera się na oczekiwaniu, które niestety jest nieco naiwne. Jest w nas mocne uczucie, więc jeśli spotka się wiele osób czujących podobnie, to projekt sam się pojawi drogą czegoś w rodzaju burzy mózgów, a raczej burzy serc. Zrywy, które doprowadziły do czegoś trwałego, funkcjonowały jednak inaczej. Pomysł nie powstawał „drogą społecznych debat”. W czasach dawniejszych, mówiąc otwarcie, trudno by było znaleźć przykład grupy ludzi, chcących tracić czas na gromadzenie się razem w nadziei równie nonsensownej. Może oprócz przypadku krucjaty dziecięcej.

Te działania, które coś przyniosły, poparte były raczej mocną teoretyczną podbudową. Być może nie znaną dokładnie wszystkim, którzy włożyli swoją energię w społeczny wybuch, była jednak zawsze grupa takich, którzy dokładnie wiedzieli, o co tu ma chodzić. I nie o żadnych diabolicznych manipulatorach tu mowa, a o ludziach, którzy byli intelektualną bazą danego ruchu i dużo wcześniej, niż on stał się społecznie widoczny wiedzieli, do czego zmierzają.
Warto rozróżnić dwie postawy. Pierwsza, to krytyka. Na tym można zajść bardzo daleko i długo na samej krytyce można poprzestawać. Pozycja „komentatora z tylnego siedzenia” jest wygodna. Każdy, kto ma dłużej prawo jazdy, zna taki typ pasażera i każdy, kto miał takiego pasażera dosyć, wie, że zamknie mu usta tylko propozycja, byście się przesiedli. Uważasz, że potrafisz prowadzić lepiej? Ok. Prowadź. Ale teraz to ja będę siedział na twoim miejscu i to ja będę komentował twoje poczynania. Zwykle pomaga. Czemu to działa? Czyż komentator z tylnego siedzenia nie chce prowadzić?

No właśnie tak. W istocie on nie chce prowadzić. Chce krytykować, ale nie chce wziąć odpowiedzialności kierowcy na siebie. Ruch społeczny, który u swej podstawy ma tego rodzaju nastawienie, nie osiągnie nic, bo nikt tam nie jest gotów wziąć za nic odpowiedzialności. To ważny element, jeśli chodzi o pozytywny projekt. Czasem może istnieć coś, co z wierzchu wygląda, jak pomysł, ale nim nie jest, bo istnieje pewien ważny niuans. Jest konkretnie, owszem. Ale wciąż to nie „my jesteśmy gotowi to zrobić”, tylko „to powinno być tak i tak zrobione”. Przez nich zrobione. I pomysł dotyczy ewentualnie tego, jak będziemy „ich” karać, jeśli nie zrobią, jak byśmy sobie wyobrażali, że oni powinni. Czyli może i lepiej maskowana, ale wciąż jest to postawa dziecka. Wiemy, co starsi powinni uczynić, ale proszę nie pytać nas, o naszą własną funkcję.

Nawet najbardziej rozbudowana i wysublimowana krytyka nie jest alternatywną ofertą.
Przyjrzyjmy się ruchowi drugiego rodzaju. On sam jest gotów coś zrobić. Nie tylko „dajcie nam pracę w waszych firmach”, ale też „jesteśmy gotowi poprowadzić produkcję i dawać pracę”. Nie tylko „jesteśmy przeciw wojnie”, ale też „mamy pomysł, jak zażegnać ten konflikt i jesteśmy gotowi to zrobić osobiście”.

Ruch pierwszego rodzaju łatwo rozpoznać po braku przywódcy. Czym jest przywódca? Można przyjąć, tak jak to dziś modne, że to ktoś, kto mówi ludziom, co robić, bo chce zaspokoić swą potrzebę władzy, a ich zwolnić od myślenia. Czasem może tak być.

Przywódca firmuje jednak pomysł własnym nazwiskiem i twarzą. Na tyle w ten pomysł wierzy, że godzi się, by do końca życia go z nim kojarzono. Przychodzą mi do głowy przypadki dwu polskich przedsięwzięć politycznych, które zaczęły z olbrzymim społecznym oddźwiękiem, dostały dobry, darmowy medialny marketing, posiadały rozpoznawalnych, nieźle odbieranych liderów, ale ci nagle, być może pod wpływem modnych dziś idei postanowili realnie, bądź symbolicznie, abdykować „oddając inicjatywę ludziom”. Oczywiście natychmiast skończyło się to klęską przedsięwzięcia.

Jeśli spojrzymy na historię ludzkich zbiorowych poczynań, trudno zignorować fakt, że wiele z nich ma charakter wojenny. Wojna była początkiem polityki. Grupa ludzi siadała i wspólnie radziła. Walczyć, czy się wycofać? Wrócą w większej liczbie, czy skutecznie ich nastraszyliśmy? Powinniśmy za nimi podążyć, czy raczej nastawić się na czekanie tutaj, gdzie jesteśmy? Należy się z kimś sprzymierzyć przeciwko nim, czy raczej potajemnie zmienić sojusznika? A możemy liczyć, że oni tego wcześniej nie zrobią? Wybaczyć dawne urazy w imię wspólnej korzystnej przyszłości, czy raczej odgrzebać uraz, którego nikt już nie pamięta, by za byle jakich nas nie uważano? I przede wszystkim – kto nas poprowadzi? Te dylematy są stare jak ludzkość i nieodmiennie nas fascynują, bo zanim nabraliśmy nawyku siadania przed telewizorami i oglądania co wieczór kolejnego odcinka brazylijskiego serialu kto dziś z kim, a kto od jutra przeciw komu, spędziliśmy dziesiątki tysięcy lat na wieczornych, ogniskowych wojennych naradach. Mamy to już we krwi.

Ruch „oburzenia”, a takich dziś jest coraz więcej, przywódcy nie wyłania. Pozornie wynika to z tego, że wszyscy uczestnicy są równi, nastawieni demokratycznie i wolnościowo, oraz skłonni do twórczego wolnomyślicielstwa, którego żadne żądne władzy, cwane jednostki, ograniczać nie będą. W rzeczywistości jednak, jeśli nie ma przywódcy, każdy może w każdej chwili się wycofać i nikt nie jest gotowy przyjąć odpowiedzialności za porażkę, bo nikt nie dochodzi do tego punktu, w którym rozpoznano by go jako autora. Ruch tego rodzaju żąda, by istniał jakiś potężny Inny, który „powinien” lepiej, niż dotychczas używać swej domniemanej, nieskończonej mocy. To na tym innym ciąży powinność, by należycie wywiązał się z obowiązków dobrego rodzica.

Tego rodzaju społeczny proces w swojej podstawowej regule ma adresowanie się do silniejszego i większego, który (a tego uczestnicy sobie nie uświadamiają) ma na zawsze w tej pozycji większego pozostać, by tam go można było moralnie oceniać. Oburzeni znajdują więc doskonały sposób na to, by mieć wrażenie, że są bardziej moralni niż „establishmentowa” strona, którą krytykują. I to niestety wszystko.

Prócz naturalnego wygaśnięcia istnieje też drugi możliwy scenariusz rozwoju ruchu negacyjnego. Energia protestu może zostać przez kogoś przejęta i zagospodarowana. Kiedy zapoczątkowany buntem proces niszczenia dochodzi do kulminacji, a żaden pozytywny pomysł się nie pojawia, ktoś taki może stworzyć wrażenie, że pomysł ten od początku istniał i on teraz właśnie go realizuje. Wykorzystuje wówczas ruch, by osiągać swoje cele. Efektem jest stworzenie nowej formacji, która wprawdzie nikomu z pierwotnych buntowników nie odpowiada, ale musi upłynąć długi czas, by uświadomili sobie swe rozczarowanie.
Trwa ładowanie komentarzy...