Niech się Morze Śródziemne rozstąpi

Obsesja Zachodu na punkcie islamu przekroczyła wszelkie rekordy.

Doszło do tego, że nawet ludzie, którzy uciekli spod noża islamskim fanatykom są przyjmowani z niechęcią i traktowani jak ci właśnie fanatycy. Ofiara jest mylona z katem, bo siła obsesji przekroczyła zdolność myślenia.



W tym miejscu wiele osób oczywiście zaprzeczy, zapewniając, że nie o obsesję tu chodzi, a o bolesną realność. Przecież – powie ktoś w tym miejscu - wśród przyjezdnych, rzekomo uciekinierów przed bandytami z państwa ISIS mogą być wojownicy tego państwa. Ukryci, bo przecież (no to jest akurat fakt) w Afryce mało kto ma jakiekolwiek wiarygodne dokumenty tożsamości, bo tam nikt ludzi nie liczy. Tam państwo w ogóle niewiele wnika w cokolwiek, więc to, że nazywasz się tak, albo siak, że spokrewniony jesteś z tym, lub owym, w zasadzie gwarantowane jest jedynie słowem. To prawda. No to może nawet oni wszyscy są zamaskowanymi wojownikami, którzy dostaną się do Europy jak w koniu trojańskim, wykopią spod ziemi ukrytą tu dla nich przed laty broń i pewnej nocy zrealizują swój morderczy plan? I obudzimy się w Nowym Świecie? Na wszelki wypadek zaznaczam – to jest dowcip. Piszę to sarkastycznie. Ponieważ jednak wielu znalazłoby się takich, którzy by byli skłonni w to nawet uwierzyć, dla bezpieczeństwa napiszę też coś na poważnie.

Wyszkolenie wojownika z dobrymi umiejętnościami obsługi sprzętu i ze starannie wypranym mózgiem kosztuje sporo pieniędzy i zabiera wiele czasu. Nikt nie będzie na koniec wielu lat szkolenia takiego człowieka wsadzał w ponton i wysyłał na morze, ryzykując, że on po prostu nie dopłynie, bo akurat fala będzie za wysoka, albo trzydziestoletni zaburtowy silnik tegoż pontonu akurat tego dnia zdechnie. Takiemu komuś załatwia się dokumenty tożsamości (żaden problem) i kupuje bilet na samolot. Przechodzi przez odprawę i znika, a nie bawi się w jakieś bzdurne szarpaniny z węgierską policją, bo to nie ma sensu. I tacy ludzie oczywiście do nas przylatują, niezależnie od fali uciekinierów. Prawdopodobnie wśród tych ostatnich znajduje się też trochę osób, które mają za sobą jakieś uczestnictwo w bandyckich działaniach u siebie w kraju. Może to oznaczać, że chcą je kontynuować po przyjeździe, ale także nie musi.

Życie w Afryce różni się trochę od naszego i ludzie, którzy są na nie skazani, mogą mieć za sobą bardzo skomplikowane, dramatyczne losy. Mogą też próbować od tych losów uciec i zacząć jakieś normalne życie, niespecjalnie reklamując się z tym, co wcześniej robili.

Ale my nie wierzymy, bo mamy obsesję islamu. Dlaczego islam? Powody, dla których jakiś obiekt ogniskuje nasze szaleństwo więcej mówią o nas, niż o tym obiekcie. Co zatem ta akurat nasza obsesja o nas mówi?

Że nie jesteśmy pewni trwałości naszego własnego sposobu życia. Nie wierzymy w Europę. Nie dowierzamy, że miejsce tak zaawansowanego sybarytyzmu może przetrwać. I chyba przeczucie nas bardzo nie myli. Uchodźcy z Syrii są ostatnimi, którzy jeszcze choć trochę w tę Europę wierzą. W swój kraj wierzyć przestali i mogliby pewnie zaśpiewać „bo tutaj jest jak jest”, gdyby im ktoś przetłumaczył słowa. I zdaje im się, jak naszym się zdawało, gdy w wieku XIX pchali się do Ameryki, że w tej ziemi obiecanej musi być jakieś rozwiązanie.

Ale my nie wierzymy w nasz pomysł na cywilizację. Nie wierzymy, że da się żyć w taki sposób, w jaki my żyjemy, jeśli będzie to w skali globalnej i długoterminowo. Oparliśmy rodzinę wyłącznie na fundamencie miłosnego zaangażowania dwojga. To dość, by żyć przyjemnie i wiele z życia czerpać. Niestety to nie dość, by stworzyć stabilne środowisko dla wychowywania dzieci. W efekcie – konfrontowani z ciągłą niepewnością co do trwałości naszych rodzin – nie miewamy raczej więcej, niż jedno, może dwoje. I znów – to dość, by czuć, że fajnie jest mieć dzieci, ale w skali globalnej to nie dość, by populacja się utrzymała. Wolność jest ekskluzywna. Takiej wolności, jaką ma współczesny Europejczyk, ludzie nigdy jeszcze nie kosztowali.

Problem w tym, że przyroda nie została w ogóle przez nikogo zaprojektowana, a więc także nie została zaprojektowana dla naszej wolności. Wybraliśmy samorealizację jednostki, która jest najprzyjemniejszą możliwą opcją dla tejże i której nikt, raz ją otrzymawszy, oddać już nie zechce. Niestety ma to skutki ekologiczne, których nie chcemy dostrzegać. Ceną za wolność jednostki jest wymieranie ogółu. Mężczyzna unika trwałego zobowiązania, bo ma tak wiele innych opcji, że podjęcie go odczuwa jako ich stratę. Ta sprawa podlega w naszej kulturze bardzo intensywnemu przemilczeniu, bo nie ma tu rozwiązania, które dałoby się wdrożyć bez konieczności uznania ograniczeń. Państwo i jego słynne „przedszkola” tudzież „świadczenia” pewności co do wierności partnera żadnej potencjalnej matce nie zastąpi.

Powszechne obawy budzi następujący scenariusz: rdzenni mieszkańcy Europy się nie rozmnażają, napływowych jest coraz więcej i mają wiele dzieci. Stopniowo dochodzi do zmiany proporcji. Ponieważ napływowi mają inny, tradycyjny system wartości, zmiana proporcji prowadzi z czasem do zmiany kulturowej i prawnej, dokonanej na drodze demokratycznej, a w końcu i do demokratycznego anulowania samej demokracji i do zastąpienia jej szariatem. Czy ten scenariusz realistyczny? Przy obecnych tendencjach jest jedynym możliwym, jednak by on się zrealizował, trzeba kilku, a nawet kilkunastu pokoleń. Tradycyjny system wartości odpowiada za dodatnią demografię, natomiast nowoczesny tę dodatnią demografię wyklucza. To swoisty paradoks – wolni wymierają, a mnożą się jedynie zniewoleni.

Przyroda w tym miejscu jest dla nas bardzo złośliwa. Na nasze szczęście proces ten, by się zrealizował, wymaga wiele czasu. Ten napływ uciekinierów, który właśnie obserwujemy, choć wydaje się bardzo widowiskowy, w skali demograficznej w ogóle nic nie znaczy. Nawet kilka milionów ludzi w tę czy inną stronę generalnych tendencji ani nie odwróci, ani znacząco nie przyśpieszy. Na poziomie symbolicznym ten widok masy ludzi wydaje się jednak ucieleśniać zbiorową obawę, w istocie wywołaną przez nasze własne przeczucia nierealności naszego stylu życia. Ludzie reagują emocjonalnie, nie czyniąc obliczeń, bo taka po prostu jest ludzka natura. Najpierw emocje i instynkty. Rozum służy jedynie do uzasadniania tego, co one w pierwszej chwili nam podpowiedziały. Generalnie jednak ta obawa ma sens. Proces, który ona opisuje, jest nieunikniony jak globalne ocieplenie.

Czy możliwe, że w miarę uczestnictwa w zachodnim stylu życia napływowa ludność przejmie nasz system wartości i przez to stanie się dla demokracji niegroźna? Oczywiście. Jednak jeśli to zrobi, przestanie przyczyniać się do demografii dodatniej, bowiem demografia ujemna jest nieuniknioną konsekwencją naszego stosunku do życia. Demografia dodatnia wynika właśnie z tradycyjnego modelu rodziny i poza nim nie jest możliwa. Wolność jest elitarna.

Jeśli kulturowe tendencje będą nadal szły w tym kierunku, jedynymi mężczyznami, z którymi kobieta będzie mogła stworzyć rodzinę, staną się faktycznie wyznawcy islamu. Na szczęście to już nie za naszego życia, ale jednak. Perspektywa, że kobiety przestaną być dostępne jako obiekt clubbingowych podrywów i parkingowych finałów, a staną się znów pannami na wydaniu, do których dostęp wymaga zobowiązania się do czegoś, jest dla wielu mężczyzn przerażająca. Istnieje w naszej kulturze starannie ukrywany lęk, że kobiety, postawione przed wyborem między clubbingiem, a tradycyjną patriarchalną rodziną wybiorą to drugie i panowie zostaną w klubach sami. I tak iluzja „przygód bez zobowiązań” się skończy. Przeczuwamy, że w tym może być jakieś szachrajstwo i dlatego skrajnie patriarchalna kultura islamu przeraża nas jak wyrzut sumienia. Sprawia to, że islam ogniskuje perwersyjną fantazję o Europie jako kobiecie pragnącej patriarchalnej dominacji i przez to nieuchronnie skazanej na popadnięcie w taką właśnie zależność. Prawicowa część publiczności nie nienawidzi w istocie islamu.

Obiektem jej furii jest lewicowa strona, o której prawicowa tak właśnie fantazjuje. W gruncie rzeczy – myśli prawica – wy chcecie, żeby oni przyszli i objęli was kontrolą. Sami/same do tego dążycie, a tymczasem nas oskarżacie, że to my tego chcemy. Nami gardzicie, a na nich tylko czekacie. To nieuczciwe. Rozżalenie tą wyobrażoną nieuczciwością jest rzeczywistą podstawą niechęci do islamu.

Ma ta islamska obsesja i inne podłoże. Muzułmanów wyobrażamy sobie jako ostatnich ludzi na tej planecie, którzy jeszcze wierzą w cokolwiek na serio. Tak, że gotowi by byli oddać za to życie. Że gotowi by byli własnej przyjemności się wyrzec, powstrzymać się od realizacji własnych pragnień, przekroczyć własne ograniczenia tylko po to, by wypełnić nakaz ich wiary. Istnieje w Europie pełne niepokoju przeczucie, że tego rodzaju nastawienie może być źródłem jakiejś potężnej siły. Że może dawać człowiekowi zdolność transgresji, a utrata zdolności do takiego podejścia może na dłuższą metę degradować człowieka, gdyż czyni go bardzo słabym. W efekcie tak wyobrażona postać muzułmanina napełnia Europejczyka zabobonnym lękiem. Muzułmanin wedle tej fantazji to ten, kto rzeczywiście w coś wierzy, traktuje to serio i całkowicie się temu poświęca, a nie tylko zakłada coś jak kostium. Wobec takiej postaci współczesny Europejczyk – ciągły udawacz, niezdolny umrzeć za żadną sprawę – czuje się nie najlepiej.

Napływ uchodźców do Europy spowodowany jest upadkiem państw bliskowschodnich zorganizowanych na wzór quasi europejski i powstawaniem w ich miejsce formacji historycznie najbardziej tam naturalnej – kalifatu z prawem szariackim. To niebezpieczeństwo było oczywiste dla każdego, kto choć trochę znał realia, a jednak do tej sytuacji doprowadzono, wpychając cały region w wojnę, która najprawdopodobniej niestety dopiero zaczyna się rozkręcać. Winę za to ponosi wyjątkowo aktywna, a zarazem wyjątkowo nieprzemyślana polityka bliskowschodnia USA i państw Unii w ciągu ostatnich lat. Europejczycy i Amerykanie własnoręcznie zniszczyli wszystkie zabezpieczenia przed tym, co właśnie obserwujemy i to właśnie największe łacińskie mocarstwa odpowiadają za obecną sytuację.

Do tak nieprzemyślanych ruchów, jakie wykonano, mogło dojść z kilku przyczyn. Po pierwsze dlatego, że koncerny paliwowe i ogólnie wielkie organizacje finansowe z pozycji strony w grze politycznej, jaką zawsze były, przeszły na pozycję faktycznych kontrolerów międzynarodowej polityki wielkich państw. Używają państw do realizacji swoich interesów, czynią to coraz swobodniej, ale nie ponoszą za nic odpowiedzialności. Po drugie pech chciał, że wiele osób z administracji Busha (bo to ona rozpoczęła ten obłęd) włącznie z nim samym, zaangażowane było w fundamentalistyczne chrześcijańskie ruchy religijne, które w swojej ideologii miały aktywne uczestniczenie w sprawach bliskiego wschodu. Bush i wiele osób z jego otoczenia wierzyło, że dokonując zmian w regionie uczestniczą w wydarzeniach przepowiedzianych w biblii. Sekciarskie religijne zaangażowanie odebrało tym ludziom krytycyzm i zdolność przewidywania, w efekcie czego wykonali zamówienia koncernów paliwowych praktycznie nie zgłaszając żadnych wątpliwości. Po trzecie klimat intelektualny samej Europy zmienił się w ostatnich latach dość istotnie. Reakcje emocjonalne zaczęto uważać tu za źródło wiedzy. Polityczne konsekwencje nie dały na siebie długo czekać.

Ruch emigracji z bliskiego wschodu i głębokiej Afryki, zapoczątkowany zwykłą migracją ekonomiczną, ale nagle bardzo silnie zastymulowany kontynentalną wojną, z czasem może ewoluować w proces społeczny, podobny do tego, który można było obserwować podczas gorączek złota w Ameryce. Z Polski trzy miliony ludzi wyjechały tylko dlatego, że płace tu są niższe, niż na zachodzie. Co zrobią ludzie, którzy nie posiadają nic i nie mają żadnych perspektyw na zmianę? Afryka jest miejscem, w którym nie da się żyć. Każdy człowiek, który ma wybór, wybierze życie w Europie. Szczególnie dziś, gdy nawet najbiedniejsi Afrykanie mają internet i anteny satelitarne i mogą życie w bogatej Europie co dzień obserwować, porównując je z własnym tragicznym położeniem.

Sytuacja w krajach europejskich jest zróżnicowana. Siedemdziesiąt lat temu na tym kontynencie doszło do wymordowania sześciu milionów Żydów. Wcześniej także znano krwawe wojny, jednak ta zbrodnia została bardzo dokładnie publicznie opisana i osądzona. W efekcie stała się podstawowym etycznym punktem orientacyjnym dla powstania nowoczesnej europejskiej mentalności. Sprawiła, że Europejczycy zaczęli odczuwać instynktowny lęk przed zbyt mocnym podkreślaniem grupowej narodowej tożsamości, bo zaczęli to kojarzyć z winą i zbrodnią. W wyniku tego bardzo trudno jest w Europie używać takich zwrotów jak „nasza kultura” bez wzbudzenia oskarżeń, że igra się z potężnymi destrukcyjnymi siłami. Tym lepsza baza dla powstania obsesji na tle grupy, która przed podkreślaniem własnej odrębności nie odczuwa żadnych zahamowań. Europejczyk, który mając w pamięci winę holokaustu obawia się podkreślić własną tożsamość, staje wobec takiej postawy muzułmańskich przybyszów nieco skonfudowany.

Jeśli oni będą wciąż mówić o swojej tradycji, a my wciąż będziemy negować własną i kojarzyć ją wyłącznie z winą, czym się skończy taka konfrontacja? Te obawy nietrudno zrozumieć. Niektóre kraje europejskie, szczególnie wschodnie, nie czują się odpowiedzialne za holokaust. W związku z tym łatwiej im formułować pewne obawy wprost i demonstrować niechęć. Zupełnie inna jest sytuacja Niemiec. Rząd niemiecki stoi w trudnej sytuacji wizerunkowej, ponieważ jako nacja bezpośrednio ze zbrodnią II wojny skojarzona, Niemcy nie mogą formułować żadnych wypowiedzi, których punktem wyjścia byłoby dzielenie ludzi ze względu na narodowość. Ostatnie, czego Niemcy by chcieli doczekać, to oskarżenie o rasizm. Izrael, z oczywistych względów będący poza takim zagrożeniem, mógł w 2012 roku wprowadzić bardzo restrykcyjne prawo imigracyjne, praktycznie uniemożliwiając przyjazd jakichkolwiek uciekinierów i nawet dziś publiczne oskarżanie go o to nie jest wizerunkowo bezpieczne. Niemcy tymczasem muszą postępować odwrotnie i to właśnie czynią, w efekcie czego stają się głównym celem imigracyjnego ruchu. Ponieważ wojna jest jedynie katalizatorem wędrówki ludów z Afryki ku Europie – z czasem poważniejszą od wojny przyczyną stanie się ekologia, a i tak już dziś takim motywem zaczynają być rozbudzone nadzieje biedaków na uzyskanie jakichkolwiek życiowych perspektyw – ruch imigracyjny może się nasilać. Ponieważ w obiegu oficjalnym w Niemczech wszelkie objawy niechęci będą eliminowane, nasilać się może ksenofobiczna reakcja wśród zwykłych ludzi. Im silniejsze wyparcie, tym większe nasilenie objawów. Rozziew między przekazem oficjalnym kreowanym przez intelektualistów i eksponowanych dziennikarzy, a odczuciami zwykłych ludzi będzie narastał. Zjawisko takie nietrudno nam sobie wyobrazić, ponieważ w pewnym sensie znamy je z ostatnich lat w Polsce i mogliśmy w czasie ostatnich wyborów obserwować, jaki to daje potencjał. W Europie zachodniej przez tego rodzaju zjawiska dojść może do wzrostu znaczenia partii skrajnie prawicowych i do wybuchów społecznych na tle narodowościowym.

Nie sposób nie przyjąć ludzi, którzy faktycznie uciekają przed wojną. Ponieważ odpowiada za nią Europa i USA, te kraje które najaktywniej uczestniczyły w destabilizowaniu sytuacji na bliskim wschodzie powinny wziąć na siebie największy ciężar przyjmowania uciekinierów ze zniszczonych przez siebie państw. Nie można w tej sprawie wzorować się na państwach zatoki perskiej, są to bowiem kraje, w których nie istnieje jakakolwiek idea odpowiedzialności kraju wobec obywatela, nie ma idei praw człowieka i, patrząc z naszej perspektywy, w zasadzie państwo nie jest nośnikiem jakichkolwiek norm cywilizacyjnych. Powinniśmy zdecydowanie unikać takich wzorców. Przyjęcie obecnej fali uciekinierów jest jednak rozwiązaniem jedynie krótkoterminowym. Na dłuższą metę, gdy ruch z Afryki do krajów bogactwa zacznie się nasilać, a Afryka będzie pogrążała się w coraz większym chaosie wojennym i degenerowała ekologicznie, żadna polityka imigracyjna nie zda egzaminu.

Jedynym efektywnym długofalowym rozwiązaniem byłoby podjęcie skutecznych działań w tym miejscu, z którego uciekinierzy przybywają. Należałoby podjąć zdecydowane działania militarne, po czym trwale zaprowadzić w regionie administrację na wzór europejski. Niestety to rozwiązanie jedynie teoretyczne i w praktyce nie wchodzi w grę. Zmiany kulturowe, które zaszły w Europie w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat sprawiły, że nie jesteśmy już w stanie toczyć wojny, o ile nie mamy zdecydowanej przewagi technologicznej, która zapewniałaby brak jakichkolwiek strat w ludziach po naszej stronie. Możemy walczyć w zasadzie już tylko za pomocą dronów, co w tej sytuacji do niczego by nie prowadziło. Świadomość tego stanu rzeczy jest dodatkowym czynnikiem nasilającym naszą niechęć do przybyszów. Symbolizują oni realność życia, w którym bywa się zmuszonym do walki. Nie akceptujemy tej realności i nie chcemy oglądać ludzi, którzy nam ją przynoszą. Nie chcemy znać prawdy o wojnie, tak jak nie chcemy znać prawdy o pochodzeniu spożywanego przez nas mięsa.

W dodatku wszelkie pomysły jawnego przejęcia administracyjnej kontroli nad Afryką zostaną skojarzone z dawno skompromitowaną kolonizacją i jako takie natychmiast odrzucone. Europa nie podejmie więc żadnych skutecznych działań i najprawdopodobniej będzie miotać się między skrajnym otwieraniem granic, a restrykcyjnym ich zamykaniem w miarę, jak pod wpływem społecznych rozruchów kolejne rządy będą się wymieniać. Będzie też stopniowo coraz mocniej koncentrować się na temacie islamu, polaryzując się coraz silniej wokół niego, aż faktycznie stanie się on osią publicznego dyskursu.

Co do militarnej interwencji, istnieje możliwość, że podejmie ją Rosja, ponieważ jako jedyny kraj dysponujący przewagą technologiczną nie została na tyle objęta nowoczesnymi zmianami kulturowymi, by nie móc prowadzić wojny z użyciem piechoty. Jeśli do tego dojdzie,
Rosja nie będzie mieć żadnych oporów przed faktycznym stworzeniem kolonii na bliskim wschodzie i uzależnienie energetyczne Europy od Rosji stanie się bardzo poważne.