O autorze
blog o psychologii i psychoterapii. A także o tym wszystkim co jest w głowie i o tym, że wszystko jest w głowie.

www.skuteczna-psychoterapia.pl

Strona książki Blisko, nie za blisko

Nawrócenie Houellebecqua

Pomysł Houellebecqua na pisanie książek jest prosty, ale zarazem genialny. Żadnej wielkiej zabawy językiem tu nie ma. Brak wyszukanej symboliki, magii, konstrukcji sagi, epatowania okrucieństwem, czy szalonymi pomysłami. Te książki są pisane trochę tak, jak się pisze instrukcję stawiania garażu z blachy falistej. Zwieźć kawałki blachy, kątownik, zespawać klatkę, wywiercić dziury na śrubki, skręcić, uszczelnić..



Ma się wrażenie, że piszący w ogóle się tu nie wysila. Tak było, to tak to opisał ten narrator, z zawodu pewnie pracownik serwisu laptopów. We wszystkich kolejnych książkach Houellebecqua, nawet w tej, w której on się o fantastykę naukową ociera, czuje się, że opisywana przez niego rzeczywistość jest w jakiś zupełnie podstawowy sposób oczywista. Rzeczy, o których tu można przeczytać, mogłyby się zdarzyć każdemu. Nawet jeśli się komuś nie zdarzyły jeszcze, nigdy nie jest to coś, w co by bez trudu nie można uwierzyć, bo nikt tu nie robi, nie mówi, ani nie czuje nawet nic wyjątkowego. W ogóle nie ma zresztą w tych książkach zbyt wielu uczuć. Głębokiej autoanalizy, wewnętrznej walki, ekscytowania się własną wielowymiarowością, czy resentymentów wobec kogokolwiek. Śladu histeryczności. Jeśli są własne przeżycia, to też tylko dość oczywiste.

Czemu w takim razie ktokolwiek miałby to czytać i jeszcze zachwycać się tym? Jest powód i w sumie już można by się go domyśleć. Autor pisze prawdę. Przez wszystkie kolejne teksty wypowiada ustami swoich bohaterów rzeczy, które wszyscy wiedzą, którym nie ma w sumie jak zaprzeczyć, ale których nikt nie mówi. Czytając, nie dowiadujemy się niczego, czego byśmy nie wiedzieli wcześniej. Nic nowego. Zarazem jednak przez to, że zwykle mówi autor to, co wszyscy przemilczają, czytelnik ma wrażenie, że dostał jakiś prezent.

Kolejne książki tworzą pewien logiczny porządek. Być może logika ta początkowo nie była zamierzona przez autora i stanowi dowód odbycia przez niego pewnej drogi, jednak z punktu widzenia pozycji ostatniej ta spójność jest już wyraźnie widoczna. Jego bohater, choć za każdym razem są to różni ludzie, zawsze wydaje się być tą samą osobą. Mieszka w zachodniej Europie, ma wolny zawód, jest dobrze wykształcony, inteligentny, oczytany i jak przystało na przedstawiciela elity całkowicie tolerancyjny. Toczy życie świadome. Rozumie wszystko, uświadamia sobie wszystko, nie wierzy w żadne przesądy, nie wyznaje żadnej religii, ani nie obawia się żadnego reżimu. Pieniędzy mu nie brak. Akceptuje sam siebie w pełni i niczego przed samym sobą się w sobie nie wstydzi. Poczucie winy także go żadne nie dręczy, bo wie, że nie ma powodu nic sobie wyrzucać. Nic też złego nikomu nie zrobił.

Żyje dla siebie. Spotykając innych ludzi słucha ich uprzejmie, nawet z nimi rozmawia, obserwuje ich sposób życia, ma na ich temat różne myśli, generalnie jednak z nikim nie przekracza bariery złożonej z mieszanki życzliwej uprzejmości i absolutnej obojętności. Może rozmawiać z każdym, bo nie ma problemów z nawiązywaniem kontaktu, ale nikt mu nie jest potrzebny szczególnie, ani on nie jest w żaden szczególny sposób potrzebny nikomu. Jest samotny absolutnie, bo nie ma żadnej przyczyny, by cokolwiek był komuś winien, albo by ktokolwiek był coś winien jemu. Nie ma rodziny, nie ma dzieci. Z rodzicami wszelkie toksyczne, ograniczające więzy zerwał. Nie zmuszają go do żadnej opieki nad sobą, nie wtrącają w przymusowy rytuał wymuszonych niedzielnych obiadków, nie zawodzą alkoholowym odejściem w niebyt w chwilach, gdy są potrzebni, ani nie zaniżają jego samooceny odgrywaniem na jego terenie teatrzyku własnych niepowodzeń. Nie przeszkadzają. Ich śmierć – to powtarzający się motyw w jego książkach – jest sprawą do załatwienia. Formalności które trzeba odbyć, majątek, który po nich trzeba przejąć, czasem przy tej okazji czyniąc trochę odkryć pokazujących, że mieli jednak strony, od jakich ich nie znał. Akurat tyle, by po dniu notarialnych formalności spędzić nad tym samotnie jeden wieczór w hotelowym pokoju przy butelce, nim rannym pociągiem wróci się do siebie i swych spraw. Pustka, jaka otacza bohatera, jest doskonała.

Próbuje ją przerwać od czasu do czasu za pomocą seksu, wierzy bowiem, zgodnie ze współczesnym wyznaniem wiary, że seksualna transgresja jest doskonałym sposobem wyjścia z izolacji. W niektórych książkach nawet okresowo odnosi w tym sukces. Nie tylko udaje mu się zidentyfikować jakąś istniejącą w nim jeszcze seksualną barierę – oczywisty warunek powstania marzenia – ale ma też dość szczęścia, by znaleźć kogoś, z kim tę granicę wspólnie może złamać, dzięki czemu ma uczucie, że wyszedł wreszcie ze skorupy. Ma wspólnika przestępstwa, więc i przyjaciela. Przez chwilę ktoś zaczyna dla niego być ważny, a gdy to się stanie, zawsze tę osobę traci. Świat nie toleruje bajki. Po stracie samotność nie staje się większa, ale na pewno mocniej uświadamiana. Bohater wie już, że nie ma alternatywy i musi z tym żyć, będąc zbyt mądrym, by dać się czymkolwiek oszukać. Ta mądrość staje się jego przekleństwem.

Kilka dotychczasowych opowieści Houellebecqua urywa się mniej więcej w tym miejscu. Uległość dla odmiany tutaj się właśnie zaczyna. Kontekstem historii jest zmiana sytuacji politycznej we Francji niedalekiej przyszłości dwudziestych lat naszego wieku. Spadek liczby postchrześcijańskich ateistów, czyli rdzennych mieszkańców Europy i stały napływ ludności muzułmańskiej zaczyna w końcu mieć konsekwencje polityczne łatwe do przewidzenia w każdej demokracji. Zgodnie z cytatem z Chomeiniego – islam albo będzie polityką, albo nie będzie go wcale – islam w opisywanej przez Houellebecqua Francji polityką jest, tak jak musi być nią każda religia, by przetrwać. Ten islam nie przypomina jednak w niczym koszmaru państwa ISIS, czy czegokolwiek co byśmy znali z tak ostatnio popularnych internetowych memów mających z całą pewnością zaświadczyć, że idzie ku nam potop zombie gotowych tutaj zaraz wszystkich pożreć. Houellebecq jest bardziej realistyczny. Nawet banalny. Opisuje po prostu istnienie wielopokoleniowych patriarchalnych rodzin i ich stopniowo rosnącą liczebną przewagę wraz z jej oczywistymi konsekwencjami. Które jednak wcale nie są sensacyjne. Ot, wzrost znaczenia firm rodzinnych, stopniowa zmiana mody, stopniowa zmiana klimatu na wyższych uczelniach, wreszcie zwycięstwo partii muzułmańskiej w wyborach i zmiana w systemie edukacji, gdzie akurat pracuje nasz główny bohater. Szare życie.

Najciekawsze jest to, co Europa przeciwstawić może temu procesowi. Nie może mu przeciwstawić nic. Czytelnik w pewnym momencie uświadamia sobie, że każdy z rdzennych Europejczyków, któremu zmiany mogłyby się nie podobać, jest w takiej samej sytuacji, jak główny bohater. Jest samotny, żyje tylko dla siebie i nic go nie łączy z kimkolwiek. Ani z czymkolwiek. Swoją kulturę kojarzy tylko z toksycznym przywiązaniem do krępujących więzów rodziny, które podobnie jak główny bohater, dawno zerwał, by się wyemancypować i jeśli cokolwiek uważa za swe duchowe osiągnięcie, to właśnie tak zyskaną wolność. Nie solidaryzuje się z nikim. Niewielkiego majątku też po sobie nie zostawi nikomu konkretnemu, bo w większości jest całkiem bezdzietny. Toczy życie ani przyjemne, ani nieprzyjemne, od jednej kawy do drugiej, od jednej seksualnej przygody do drugiej, obserwując ze stoickim spokojem to, co nieuchronne i starannie unikając nazywania tego. Nie broni żadnego „swojego dziedzictwa”, bo w ogóle nie używa słówka „my”. Jeśli mówisz „my” głosi manifest intelektualny opisywanej przez Houellebecqua Francji, to kogoś wykluczasz, kto by do „my” akurat nie należał. Zatem krzywdzisz kogoś i dlatego lepiej „my” nie mówić nigdy. Nie ma „my”. Ale jednak są oni. W dyskursie wyżej opisanym wydaje się do pomyślenia niemożliwe, że mogliby być „oni”, gdy „nas” nie ma, ale są i rzeczywistość z czasem daje to bohaterowi mocno poczuć.

Sprawy wokół niego zachodzą wreszcie tak daleko, że nie może dalej wykładać na swojej uczelni. I tu znów widać geniusz Houellebecqua. Nikt bohatera nie prześladuje. Nikt go nie straszy. Nie grozi mu śmiercią, nie wysadza bombą, ani nie wydaje na niego żadnej fatwy. Nie ma studenckich bojówek w rodzaju naszych przedwojennych narodowców prześladujących na uczelniach mniej licznych Żydów. Nic z tych rzeczy. On się po prostu staje jeszcze bardziej nikomu niepotrzebny, niż był dotąd. Już go uczelnia nie chce, a raczej, zgodnie z logiką kapitalizmu, której te wszystkie przemiany na razie nie naruszają, nie chce go nowy sponsor z Arabii Saudyjskiej. Może toczyć swoje samotne życie dalej, dostaje niezłą emeryturę, by nie bruździł i w pierwszej chwili ją nawet przyjmuje. Może robić to samo, co wcześniej. Odwiedzać burdele, przesiadywać w kawiarenkach, chodzić na spacery.. W tym miejscu książki przypomniał mi się serial Girls sprzed kilku lat, opisujący współczesne życie postmodernistycznej nowojorskiej młodzieży. Doskonale zagrany, z aktorską mistrzynią świata w roli pierwszoplanowej, dawką dobrego humoru w dialogach i z mnóstwem zaskakujących zwrotów akcji. Zadziwiające, jak szybko po fazie początkowego zachwytu ten film stał się nudny. W pierwszej chwili krytyka nie mogła nachwalić się, jak jest odważny. Z czasem przestał o nim pisać ktokolwiek. Rzecz w tym, że wszystko, co bohaterowie w nim pokazywali, adresowane było do oka pewnej niewidzialnej, domyślnej postaci, o której ani razu nie wspomniano w filmie, ale bez której sam film nie byłby możliwy. To postać domniemanego konserwatysty. To on miał być zszokowany ich wzruszająco szczerymi nihilistycznymi deklaracjami w mowie i czynie. W pierwszych odcinkach działało i nawet to było śmieszne. Z czasem jednak wszyscy zaczynali chyba czuć, że ani ich tu nic nie szokuje, ani żadnego domniemanego konserwatysty też nie, bo po prostu nikogo takiego na świecie już nie ma. Dawno umarł. Nie ma już żadnych konserwatystów mówiących serio, media desperacko wygrzebują spod ziemi ich ostatnie ślady i którego tam jeszcze niedobitka znajdą, to na rękach noszą, reanimują jego ledwie tlące się życie coraz to głupszymi pytaniami, publikują i dyskutują jego każdy czyn i słowo i gotowi by go pewnie i wypchać pośmiertnie, silniczkiem jakimś nim od środka poruszając, byle tylko coś jeszcze powiedział i byle można się buntować dalej przeciw temu. Słusznie rozpoznają, że gdy i ten ostatni ze starości zdechnie, to już całkiem nie będzie o czym gadać i pustka, nuda przeraźliwa ich interes niechybnie zabije. Biust do końca „uwolniony” stanie się wymieniem i pies z kulawą nogą nie spojrzy w tę stronę. Tak właśnie kończą się wyczyny bohaterów Girls. Wszyscy uznali bez wyjątku, że serial jest „rewolucyjny” i dalsze odcinki nikogo już nie obchodzą.

I podobnie z bohaterem z książki Houellebecqua. Może eksperymentować z seksem, upić się do nieprzytomności, albo spożyć dowolny narkotyk i jeszcze raz z tym seksem coś wtedy próbować, ale i tak jest z tym sam. Bo to nikomu nie robi różnicy. Nie ma do czego tego odnieść, ani nie ma komu się pochwalić. Nikt nie dzwoni. To tylko łaskotanie. Wprost fizycznie czuje się ten brak znaczenia.

Ktoś, kto też czytał tę książkę, mówił mi, że odczuwał rosnącą, wręcz fizyczną presję i gdy bohater podjął wreszcie swą decyzję, poczuł czytelnik jakąś zaskakującą ulgę. Czytając, nietrudno zrozumieć w czym rzecz. Za ostatecznym krokiem bohatera nie stoi żadne mistyczne nawrócenie, gdyż on jest w ogóle do tego niezdolny. Za mądry jest, by na serio w coś wierzyć. Nie stoi za nim lęk przed śmiercią, ani skrywany masochizm, mogący niektórych przyciągać do „uległościowego mistycyzmu”. Nie stoi za tym nawet to, co sam bohater wydaje się sobie klarować – cyniczna chęć znalezienia kilku młodych żon, stosownie do jego statusu wyselekcjonowanych przez fachową swatkę. Tak naprawdę nie o to tu chodzi. On się nawraca, żeby mieć w świecie jakiekolwiek swoje miejsce i komukolwiek być wreszcie potrzebnym. Ma poczucie, że świat o nim zapomniał i równie dobrze mógłby nie istnieć. Nawraca się, by znów gdzieś przynależeć.

Książka Houellebecqua nie jest o muzułmanach, ani o islamie. Autor traktuje tu nieuchronny proces kulturowej zmiany w sposób bardzo rozsądny. Nie jako wynik podstępnego działania wrażych islamskich sił, a jako logiczną konsekwencję wewnętrznych sprzeczności kultury europejskiej, które muszą prędzej czy później doprowadzić ją do samolikwidacji. To nie „nam ktoś coś robi”, tylko sami coś sobie robimy. Książka ma tytuł Uległość, ale właściwie powinna mieć tytuł Samotność. To dominujący problem Europy diagnozowany przez autora i myślę, że ta diagnoza nie oddala się wiele od prawdy. Mogłaby też książka mieć tytuł Realność, bo w żadnym z poprzednich dzieł autora nie udaje się odrzeć czytelnika ze złudzeń tak dokładnie, jak tutaj. Żadne z oszustw, które nasza kultura sama sobie wciska, taryfy ulgowej tu nie ma. Przeczytać czasem można, że to książka o zwycięstwie islamu. Ale nawet to nie jest prawdą. Pozyskanie Europejczyków jest tu dla islamu zwycięstwem pozornym, bo przez ten akt przyjmuje on do siebie ludzi absolutnie niezdolnych do jakiegokolwiek poświęcenia. Złożono im pewną ofertę, więc ją przyjęli, co jednak nie czyni ich ani trochę mniej europejskimi. Widać, że nie upłynie więcej, niż pięćdziesiąt lat i puste będzie to jak cała reszta. Koniec końców nawet islam tu przegrywa.

Innym wątkiem książki jest wprost fascynująca nieporadność myślowa, jakaś uderzająca niezborność, z jaką Europa dialoguje z islamem w chwili, gdy nie wystarczy już adwersarza tylko jakoś nazwać, co by mogło wywołać w nim lęk przed ostracyzmem. Kiedy trzeba jego myślom przeciwstawić jakieś własne, nie myśl kontra epitet, a myśl kontra myśl, okazuje się, że myśli brak.

Europejskiego stanowiska w książce po prostu nie ma. Zdanie, które cytują chyba wszyscy recenzujący, faktycznie mówi tu samo za siebie. Kocham Francję. Kocham.. Kocham francuskie sery. To wszystko, co można przeciwstawić zmianom. Sery. Może jeszcze wino.

Nie będę opisywał przykładów tej intelektualnej bierności, które wymyślił jej autor, posłużę się jednak przykładem z realnego świata. Oto niedawno Angela Merkel wypowiada zdanie następujące: islam należy do Niemiec. Brzmi dobrze. Pełna poliamoria umysłowa, która w dodatku wygląda nawet heroicznie i znać tu chrześcijańską tradycję samozaparcia różnych katolickich świętych kobiet, które nie takie rzeczy same sobie robiły. Sięgały wyżyn samowyrzeczenia, żadna jednak nie doszła w tym do logicznego kresu, do jakiego dochodzimy tu dzisiaj zbiorowo. Cóż jest warte wyrzeczenie się wszystkiego, gdy wciąż zachowuje się własną tożsamość? Prawdziwy święty powinien uznać, że wszystkie wyrzeczenia jakich doznał nie mają żadnego szczególnego sensu i ich powinien wyrzec się także, uznając, że nawet jego religia nie jest w niczym lepsza od innych, a jego wizja świata to też tylko wizja. Żadnej w tym prawdy. Żadna racja za nim nie stoi. Wyrzeka się posiadania racji. To co robi, robi może nawet bez sensu. Jak wszystkiego się pozbyć, to konsekwentnie. Merkel doszła do tego ideału. Islam należy do Niemiec. To koniec długiej drogi chrześcijańskich ascetek. Doszliśmy do mety. Dalej nie ma nic. Dzisiejsza Roksolana sama do drzwi haremu powinna zapukać.

Bo co to konkretnie znaczy? Jak zamienić to zdanie na jakiekolwiek jego przeciwieństwo? Inaczej mówiąc – czy jest coś, co ewentualnie n i e należy do Niemiec? Bo jeśli wszystko może do nich należeć, to zdanie o strukturze „X należy do Niemiec” jest zupełnie pozbawione treści, niczym hinduskie Tat tvam asi. Jest co jest, któryś jest i tyś tym jest, czymżeś jest. Amen. Wszystko jest istnieniem, reszta jest milczeniem. Islam należy. Szintoizm też należy. I hinduizm, i buddyzm i zoroastrianizm.. I nie tylko do Niemiec. Wszystko należy do wszystkich i wszystkiego. I na każdy sposób. Islam do Bułgarii nie może należeć? To byłoby wykluczeniem. Islam zdecydowanie należy do Bułgarii. Buddyzm należy do Brazylii. Oraz Egiptu. A zoroastrianizm do Czechosłowacji. Choć to może akurat nie najlepszy przykład..

Unikam studiowania fejsbukowych memów pełnych nienawiści do naszych nowych bliskowschodnich gości, którzy – jestem o tym przekonany – w większości są dobrymi ludźmi, tak jak i my w większości jesteśmy przemili. Nie powstrzymałem się jednak przed obejrzeniem pewnego filmiku, gdzie pokazano fragment zebrania mieszkańców jednego z niemieckich miasteczek. Nie chcieli meczetu. Nie jest zbyt ładnie nie chcieć czyjejś świątyni w swoim sąsiedztwie. To nietolerancja. Interesujący jest jednak sposób, w jaki toczyła się rozmowa między nimi a urzędnikiem miejskim wydelegowanym do negocjacji i przyznam, że obserwując tę scenę zacząłem zastanawiać się, czy właśnie nie ekranizuje ktoś Houellebecqua. Mieszkańcy na nieporadny sposób, jakiego można się spodziewać po ludziach zawodowo parających się całkiem czym innym próbowali rozmawiać o istocie zbiorowej tożsamości. Czuli jakiś niepokój. Jest takie coś, czy tego nie ma wcale? Czy to dozwolone w ogóle? Problem trudny do nazwania, ale nie znikał. Czy mogło tu mieć znaczenie, że Niemcy podpisały konwencję o przemocy wobec kobiet? Być może. O tym też gdzieś wspomnieli. Kto może gdzie wejść, czyli wariacja na temat „co do czego należy”. Jeden z nich mówił na przykład o tym, że to zebranie odbywa się w kościele i dzięki temu każdy może tu wejść, a gdyby miało odbyć się w meczecie, to wówczas nie wszedłby każdy i że to może jakoś ważne. Ale może właśnie w tym problem? Może jeśli każdy może tu wejść, to także każdy może zbudować tu meczet..? Kręcili się w kółko, próbowali krzyczeć jakieś hasła, mówić coś o narodzie.. W odpowiedzi słyszeli pytania, czy ktoś tu chce rozmawiać o prawie budowlanym. Bo jeśli nie o prawie budowlanym, to nie ma o czym. Gdy po raz kolejny urzędnik powtórzył z nimi ten manewr, stało się jasne, że żadna prawdziwa rozmowa tu się nie odbędzie. Urzędnik chce rozmawiać o tym, że meczet to budynek, a zupełnie ignoruje, że ten budynek, to meczet. Nie ma jak rozmawiać o symboliczności, bo wykluczona została z języka.

Kiedy kobiety chodzą z zasłoniętymi twarzami, zaczynamy dyskutować o identyfikacji tożsamości po zdjęciu w paszporcie, udając, że nie wiemy, że wcale nie o nią tu chodzi. Ale możemy już rozmawiać tylko na tym poziomie, bo to, o co chodzi naprawdę nie może zostać wypowiedziane bez użycia słówka „nasze”. Nasze normy. Nasze zasady. Nasz sposób rozumienia godności kobiety, który różni się od ichniego sposobu dość zasadniczo. Nie wolno w ogóle tak mówić. Nie ma już żadnego „nasze”. Czyli rozmawiamy o prawie budowlanym i sposobie robienia zdjęć paszportowych. Może odcisk palca by wystarczył?

Jeśli na szczycie wieży Eiffla ktoś zechciałby zainstalować głośnik, jak na minarecie i pięć razy dziennie miałaby się z niego rozlegać adhana, rozmawialibyśmy o decybelach i oświetleniu wysokościowym. Żaden inny wymiar rozmowy nie jest już dozwolony i wynik tej sytuacji może być tylko jeden. Umysł na dłuższą metę nie zniesie w symbolicznej sferze absolutnej pustki. Jeśli nikt nie przywiązuje do takich rzeczy znaczenia, znajdzie się ktoś, kto to znaczenie w końcu nada. Czy to źle? Wcale nie. Tak toczy się świat i właśnie o tym jest książka. Polecam.