O autorze
blog o psychologii i psychoterapii. A także o tym wszystkim co jest w głowie i o tym, że wszystko jest w głowie.

www.skuteczna-psychoterapia.pl

Strona książki Blisko, nie za blisko

Dyskretny urok bibuły

Zbliżają się dni ostatnie przed wyborczą ciszą. W obliczu tego faktu nie odmówię sobie przyjemności skomentowania kilku ciekawszych wydarzeń. Ktoś z Komentatorów zauważył niedawno, że pod rząd kilka tekstów tutaj poświęciłem polityce i pewnie w tym spostrzeżeniu zawarte jest także pytanie. Czemu akurat polityka? Bo to proces grupowy. Grupa wprawdzie duża, ale ludzie ciągle tacy sami. W naszych politycznych przekonaniach odbija się to, kim jesteśmy, bo to jak spostrzegamy politykę, to przecież nic innego, niż wyprojektowany na zewnętrzny wielki ekran nasz własny teatr.



Ktoś woli kontrolę, ktoś inny kontroli właśnie nie cierpi i chciałby ją ze świata precz wyrzucić. Jeden chce, by istniał nieskończenie opiekuńczy byt państwowy, który się każdym zajmie i wszelką rywalizację uczyni zbyteczną, drugi na samą myśl o istnieniu czegoś takiego czuje się, jakby mu co obcinali. Jeden by chciał wszelkie granice zlikwidować, bo nie chce być draniem, drugi je chce budować, bo nie chce być frajerem. I tak dalej i dalej. Jak byśmy nie pompowali tego balona, na koniec to i tak tylko my. Na większym ekranie pewne rzeczy widać jednak lepiej. Czyż hasło „mieszkanie prawem, nie towarem”, albo konkurencyjne „kto nie skacze, ten gej”, to nie są doskonałe materiały do psychologicznej refleksji?

Oto niedawno dziennikarz i literat Rafał Ziemkiewicz w artykule Sto dni na zmianę ogłasza, jak sam podkreśla, z pełną odpowiedzialnością, rzecz następującą:

Byłoby dobrze jako o kwestii bezpieczeństwa państwa myśleć o systemie mediów, nie tylko publicznych. W czasach dzisiejszych, kiedy telewizyjne obrazki rządzą irracjonalnymi emocjami mas, pozostawianie mediów poza kontrolą instytucji państwa przypomina średniowieczny błąd tolerowania prywatnych wojsk magnackich.

Przyznam się Czytelnikom w tym miejscu, że nie sposób tego skomentować bez wtrętu autobiograficznego. Dla mnie bowiem te słowa ze strony Ziemkiewicza mają wymiar szczególny. W roku, jeśli dobrze pamiętam, 1984 ich autor pożyczał mi bowiem osobiście odbity na powielaczu egzemplarz książki, ni mniej, ni więcej, tylko właśnie pod tytułem 1984. Orwella. I jeszcze 451 stopni Fahrenheita autorstwa Raya Bradburyego dołożył, które o ile pamiętam na powielaczu odbijane już być nie musiały. No i tak to było. Był rok 1984 (chyba), byłem w kraju w którym obowiązywała cenzura i czytałem potajemnie, nie chwaląc się nikomu, odbitą domowym sposobem nielegalną książkę o totalitarnej antyutopii, w której cały obieg informacji był poddany kontroli państwowej. I drugą, opisującą świat, w którym pali się książki, bo legalna jest wyłącznie telewizja. Bohaterami obu utworów są funkcjonariusze tych systemów. Cenzorzy. Książka Orwella tak wielkie na mnie wtedy zrobiła wrażenie, że do dziś pozostałem jego fanem.

Szczególnie rzeczy mniej znanych. Warto poczytać Córkę proboszcza, albo felietony tego autora o idiotyźmie piłki nożnej. Nawet kiedyś się zastanawiałem, czy tego nie przetłumaczyć i nie umieścić tu podczas ostatniego Euro. Zaszufladkowanie Orwella tylko na bazie 1984 i Folwarku szereguje go niezbyt trafnie. Ten człowiek patrzył bardzo szeroko.

No tak. Ale oto upłynęło już 30 lat i ktoś, kto mi te antyutopijne opisy z wypiekami na twarzy pożyczał ogłasza publicznie, że Państwowy Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk należy reaktywować. I mówi to z pełną odpowiedzialnością. Jak mi się to czyta? Relaksująco.
Współcześnie, w epoce upadku etyki opartej na jakichkolwiek zewnętrznych świętościach mamy dość irytującą manierę histerycznego epatowania świętym oburzeniem. Tak jakby świętość tego oburzenia w nas mogła nadrobić brak jakiegokolwiek zewnętrznego jej oparcia. Spójrzmy może zamiast tego prawdzie w oczy. Ziemkiewicz proponuje inny model państwa, niż dotychczasowo lansowany. Oto państwo, w którym nie będzie mógł się publicznie w mediach udzielać każdy, a jedynie nie każdy. I publicznie nie wszystko będzie mogło być powiedziane, a jedynie niektóre rzeczy. Czy kiedykolwiek było inaczej?

Oto na przykład w sukurs dziennikarzowi przychodzi z niespodziewanej strony profesor Środa. Pisze ona co następuje:

Jeśli w Polsce wzmocni się faszyzm, to sporą odpowiedzialność za to będą ponosić dziennikarze, którzy traktują faszyzujących, rasistowskich polityków, takich jak Korwin, czy Wipler, jako pełnoprawnych partnerów w politycznej debacie.

Choć osoby te stoją po przeciwnych stronach barykady, wyraźnie łączy je przekonanie, że lepiej by było, gdyby pewnych rzeczy nie było. I trudno się dziwić, bo ta myśl, że byłoby lepiej, jest myślą najoczywiściej ludzką. Przypada akurat jakaś okrągła rocznica komiksów z Tytusem, Romkiem i A'tomkiem. Jest w tym komiksie scena, w której Tytus, przeniesiony machiną czasu do średniowiecza, ucieka przed pogonią po schodach jakiegoś chyba krzyżackiego zamku. Niby sytuacja poważna, ale przez głowę i tak przemyka mu myśl osobliwa. Dziwne – myśli Tytus - taki piękny zamek, a nigdzie na ścianach nie ma wydrapanych napisów. Już wiem! W tych czasach głupcy nie umieli pisać.

Czasem, gdy się przegląda te tony nonsensów, jakie ludzie wypisują, nie sposób się ustrzec tej myśli, że może powszechna alfabetyzacja nie była wcale tak dobra i może umiejętność pisania powinna jednak być ekskluzywna. Ale mówienia też, bo nie tylko w piśmie grzeszymy przecież głupotą bezdenną, ale i w mowie. Byłoby lepiej na pewno, gdyby się niektórzy po prostu zamknęli, ale oni nie chcą. Czy nie powinien ktoś czegoś z tym zrobić?

Powinien. I co do tego jednego zgoda jest jak widać ponad podziałami. Każdy człowiek ma taki zakres treści, których nie zniesie, gdy mu je przynoszą z zewnątrz. Każdy ma też pewien zakres materiału wewnętrznego, pewnych rzeczy które sam do siebie mógłby powiedzieć, którego jednak on nie wytrzyma i w świadomości mieć nie chce. No i materiał ten musi po prostu podlegać wyparciu. Inaczej mamy brak jakiejkolwiek hierarchii tego, co sensowne, prawdopodobne, albo zupełnie bez sensu i mamy wtedy psychozę, albo dzisiejszy internet. Każdy może napisać to, co dawniej w toalecie, tylko dłuższe. Do tego miejsca w zasadzie żadne z mówiących się szczególnie nie myli. Pełna wolność mówienia to utopia. Zawsze jest jakaś kontrola i w niektórych epokach miała ona charakter urzędowy, a w innych epokach i miejscach na straży niemożności mówienia wszystkiego stał społeczny ostracyzm. Ktokolwiek próbował na amerykańskiej uczelni wykraczać publicznie poza political corectness, ten wie, że Państwowy Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk to przy tym pestka.

Pomysł Ziemkiewicza ma mnóstwo zalet. Pierwsza i oczywista, to zatrudnienie. Ludzie z tej akurat strony barykady często mówią o „tanim państwie” i „deregulacji”, jasne jest jednak, że w tak istotnej sprawie konieczne by było zatrudnienie armii urzędników. I to nie jednej. Napotykamy tu bowiem ten sam problem, na który trafia się proponując, by kandydatów na polityków badali psychiatrzy. Kto bowiem badać ma wtedy psychiatrów? Kto ma badać tych, co psychiatrów badają? Czy aby nie znów politycy? Gdzieś na szczycie tej drabiny kontroli powinien chyba mieszkać Bóg, bo któżby inny? Ale on milczy.

I podobnie z proponowanym tu do powołania państwowym urzędem. Nad urzędem powinien czuwać organ kontrolny. Nad nim nadorgan. Nadorgan nadorganu wyżej i tak w nieskończoność. W czasach dawniejszych było to prostsze, bo nad wszelkimi urzędami był po prostu ten, kto miał najsilniejsze wojsko, czyli król, a symbolicznie prawowitość jego korony gwarantowała wola Boga, która służyła jako pozór, by nie widać było, że i korona i wola nieba nie liczyłyby się, gdyby nie armia. Dziś musielibyśmy wprowadzić w to miejsce mnóstwo kategorii, określających co można, a czego nie można wyrażać i masę urzędników, którzy by tego pilnowali i siebie nawzajem. Każdy miałby zapłacony ZUS, przez co nie groziłoby nam, że jako bezzębny staruszek taki były urzędnik zapuka do bram swoich wnuków jak wyrzut sumienia. ZUS to załatwia. I wcale tutaj nie ironizuję. W czasach pracy w pełni już zautomatyzowanej będziemy mieli coraz większe problemy z masą bezrobotnych ludzi, którzy jednak, mimo że niczego nie będą mogli już zaoferować, będą wciąż potrzebować produktów robionych w automatycznych fabrykach i będą musieli właścicielom tych fabryk czymś za te produkty płacić. Stąd miejsca pracy takie jak Urząd Kontroli Mediów, kościoły, czy inni masowi pracodawcy tego rodzaju, będą coraz potrzebniejsze, byśmy nie stanęli przed tym już dziś się pojawiającym paradoksem, że niby mamy nadmiar przedmiotów do sprzedania, a nie ma ich komu sprzedać, bo nie ma komu za nie zapłacić, gdyż zbyt mało osób zasłużyło na pieniądze za ich wytwarzanie. Prace nie mające sensu, to przyszłość światowej ekonomii.

Jest inna jeszcze zaleta pomysłu takiej kontroli. Tu znów wątek autobiograficzny. Czytanie tej pożyczonej od Ziemkiewicza, potajemnie wydanej książki Orwella, to była przyjemność. Przyjemnie było robić coś nielegalnego. Przyjemnie było mieć poczucie misji, czuć się kimś wyjątkowym jako posiadacz Tajemnicy, niczym ten wtajemniczony do Bractwa człowiek z książki Orwella, któremu tam też pożyczono tajemniczą Księgę. Jakież było dla niego cudowne ją czytać. Dziś mamy media, które mogą powiedzieć wszystko, ale mówią tylko byle co. Ziemkiewicz proponuje media, które będą mogły powiedzieć tylko niektóre rzeczy. Ale to nie znaczy, że inne rzeczy nie będą mówione i kto jak kto, ale on powinien najlepiej o tym wiedzieć. To właśnie na tamte czasy cenzury przypada przecież największy rozkwit upadłej dziś sztuki aluzji. Powstaną tajne kluby, podziemne obiegi, grupy ludzi wymieniające się tym, co Ukryte.. Atmosfera takich miejsc jest wspaniała, a towarzystwo wyśmienite. Prawdziwa bohema, jak dawniej i nie „rewolucja tiramisu” na holenderskim rowerze z laptopem z jabłuszkiem, tylko prawdziwa rewolucja podziemnego kolportażu z domieszką ryzyka. Jakaż to będzie odmiana w porównaniu do dzisiejszej nijakości.

Tak naprawdę, to dzisiejszy sukces partii, nazwijmy to, antysystemowych, wynika po trosze z zazdrości. Młodzi ludzie mają kompleks w stosunku do swoich rodziców. Mało, że nie mają pieniędzy, by się wyprowadzić z domu, to jeszcze ciągle słyszą, że ich rodzice „walczyli”. I to jak walczyli. No jeśli nie Matejko, to tylko Gombrowicz by tę walkę niektórych dał radę opisać. I młodzi czują się fatalnie, słysząc te opowieści, bo oni tylko siedzą w tym pokoju i grają w gry. Czują się gorsi, więc też chcą „walczyć”. Nie mogąc walczyć zimową porą z transporterem SKOT za pomocą wpiętego w sweter opornika, walczą z Kopacz za pomocą mema na fejsbuku. Powstanie naprawdę porządnego urzędu kontroli, który im porządnie zakaże i porządnie poprześladuje pozwoli i im także spojrzeć śmiało w oczy swym dzieciom i wnukom i powiedzieć „tak, kochani, ja też byłem dzielny”.

Problem jest jednak w czymś innym. Ziemkiewicz, słusznie zauważając, że dziennikarz w mediach prywatnych właścicielowi nie chce się narazić, porównuje siłę mediów do siły prywatnych armii, która, o ile dobrze rozumiem, miałaby być potężna. Środa sugeruje, że za wzrost tendencji nacjonalistycznych odpowiadać może to, że skierowany do ludzi został nacjonalistyczny przekaz i go odebrali. Czyli, mówiąc metaforą Ziemkiewicza, zawojowane zostały ich umysły przez jakąś taką armię właśnie. Tu jest zgoda obu stron co do tego, że przekaz medialny robi z człowiekiem, co tylko zechce. Obie strony grzeszą więc tym samym, a grzechem ich jest tutaj behawioryzm. Ten nurt myślenia o człowieku, którym podskórnie przesiąknięte jest już niemal wszystko, naucza, że może być człowiek biernym przedmiotem oddziaływań, podobnie jak na przykład pawłowowskie psy.

Oto jeśli będzie do ludzi mówione, to oni uwierzą. Można ich urobić. Czyżby nikt tu nie dostrzegał, że gdyby tak było, to wynik wyborów byłby całkiem inny? Gdyby te „prywatne armie” naprawdę były takie skuteczne, to strona Ziemkiewicza nigdy nie zyskałaby przewagi. Gdyby Wipler i Korwin byli tacy skuteczni, przekonaliby i profesor Środę. Ale widać nie przekonali. Człowiek nigdy nie jest biernym przedmiotem oddziaływania. Robi swoje.

A co robi? Może szuka informacji? Nie. Nie szuka informacji i nie przetwarza informacji. Szuka satysfakcji. Nie wierzy w to, co się mu podaje. Nawet nie w to, co się mu sprytnie podaje. Wierzy w to, co mu da więcej radości w wierzeniu. Słucha tego, co go kręci. Jeśli więc jakaś grupa ludzi wierzy tym, którzy przemawiają głosem wodzów z hollywoodzkich filmów batalistycznych, to dlatego, że ich to kręci właśnie. Daje im kopa. Lubią to po prostu. A jeśli nie chcą słuchać napominania, przestrzeżeń, połajanek i moralnych szantaży, to dlatego, że w tym nie ma za grosz tego, po co człowiek by poszedł do kina.